
— W taką pogodę — odezwał się Jurij, ścierając z twarzy łaskoczące krople deszczu — przyzwoity właściciel psa by nie wygonił. Bez parasola.
— A kto mu broni wziąć parasol? — zareagował od razu Pracodawca, nie wynurzając się z zamyślenia.
— Komu?
— Psu.
Jurij nie wiedział, co na to powiedzieć, i przez jakiś czas szli w milczeniu, omijając ażurowe ogrodzenie parku, w stronę parkingu, gdzie mókł samochód Pracodawcy — łada niwa posępna i brudna jak ciągnik w samym środku wykopków. Wsiedli do środka. Wszystkie okna w samochodzie od razu zaparowały i nic nie było widać. Pracodawca zaczął je przecierać brudną ściereczką, a Jurij siedział bez zajęcia i myślał, że w samochodzie pachnie kotem. Rany boskie, ale cuchnie, a przecież już pół roku minęło od tego strasznego dnia, gdy wieźli Rudzielca Pracodawcy do kliniki weterynaryjnej i nieprzyzwyczajony do jazdy samochodem, oszalały ze strachu kocur zmoczył wszystko: siedzenia, podłogę i na koniec Jurija, który przepełniony był głębokim, acz bezsilnym współczuciem dla nieszczęsnego zwierzęcia.
— Nadal nie rozumiem — oznajmił nagle Pracodawca, który przetarł już najważniejsze szklane powierzchnie, a teraz ohydnie skrzypiącymi wycieraczkami czyścił przednią szybę. — Nie rozumiem, po co było tak bezczelnie kłamać?
— A któż cię tak, biedaku, okłamał? — zapytał Jurij z zawodową czujnością.
— Ten babsztyl z czerwonymi włosami… Niechby powiedziała, że się facet przeziębił. Albo że został pilnie wezwany do pracy. A ta zaraz atak korzonków, kule, zastrzyk… Jaki znowu zastrzyk, na korzonki?
Jurij zerknął na niego podejrzliwie. Sprawdza go czy co? Testuje, używając jego ulubionego wyrażenia? Nie wygląda na to. Pracodawca jest skąpy, ale sprawiedliwy. W pobudliwej wyobraźni znowu zamajaczyła wizja szeleszczącego jacksona.
