
Mahomet usiadł bokiem i poinstruował:
— To głupi byk. Bierz kamień i bij go między rogi. Z całej siły. On z tej głupoty nic nie rozumie. Głupi byk. Weź duży kamień i między rogi…
— Co za interesująca, nowatorska myśl — zauważył Wadim. Zmienimy nasze życie na lepsze.
Mahomet już się nie odwracał — kołysząc się lekko w siodle, zjeżdżał ze zbocza, ale nie drogą, lecz po osypisku, na północ, w stronę zasnutej siwą mgiełką kamiennej góry, słynnej nie tylko ze względu na swoją czarującą nazwę Zęby Teściowej, ale również na zjazd dla samochodów, którego nazwa w wolnym przekładzie oznaczała:
„Szkodliwe dla duszy”.
Odezwał się Timofiej Jewsiejewicz:
— Beznadziejne mięso — rzucił swarliwie. — Co pan chce z niego zrobić? Połamiemy na nim ostatnie zęby.
— Niech pan zrobi charczo — zaproponował Wadim.
— Eee tam, charczo… Charczo jest szkodliwe.
— No to proszę zrobić zupę z baraniny. Z czosnkiem i makaronem. Czyści, nie przerywając snu. Równie niezdrowe i smaczne.
Timofiej Jewsiejewicz nie odpowiedział, tylko zaczął stukać talerzami i rondlami, a potem nagle zaśpiewał wysokim głosem:
Męczący upał rozpanoszył się na dobre, powietrze drżało nad wschodnim zboczem i właśnie tam pojawiły się i zaczęły płynąć przez to drżenie plamiste krowie cielska, rogi, kołyszące się ogony i zaślinione mordy. Wadim, drzemiąc w fotelu, obserwował je spod przymkniętych powiek, a Timofiej Jewsiejewicz śpiewał smętnie:
Niespodziewanie przerwał i powiedział ze zdumieniem:
