
— Nasi jadą?
Wadim przecknął się i zaczął nasłuchiwać, ale usłyszał jedynie syk prymusa.
— Niemożliwe — powiedział. — Skąd? Jeszcze drugiej nie ma.
— A ja panu mówię, że słychać samochód. Stamtąd.
Wadim znowu zaczął nasłuchiwać. Teraz rzeczywiście dały się słyszeć obce dźwięki, ale ponieważ to byłoby zbyt piękne, żeby miało być prawdziwe, Wadim — trochę przesądnie, a trochę z czystego uporu — powiedział:
— To absolutnie niemożliwe. Przecież było jasno powiedziane: nie wcześniej niż o dziewiętnastej, a najprawdopodobniej później.
— Dobrze, dobrze — zgodził się szybko Timofiej Jewsiejewicz. Niech i tak będzie…
Stał pośrodku swojego gospodarstwa (prymusy, talerze, miski, sztućce, wiadra, kanistry) i składając nad oczami dłonie jak daszek, patrzył na południe, w stronę drogi. Timofiej Jewsiejewicz przyznawał rację swojemu rozmówcy wyłącznie wtedy, gdy był absolutnie przekonany o swojej słuszności. Im bardziej był pewien swoich racji, tym łatwiej i szybciej się zgadzał. W efekcie oponent osobiście, bez jakichkolwiek dodatkowych argumentów czy też wysiłków ze strony Timofieja, przekonywał się, że doznał miażdżącej porażki.
Wyższa szkoła prowadzenia dyskusji — na dowolny temat.
Zza zielonego pagórka wyłonił się dach samochodu i od razu stało się jasne, że wielki dyskutant i zwycięzca tym razem zwyczajnie się rąbnął — ten dach był czarny, połyskliwy,
elegancki i kompletnie nie pasujący do okolicy. Był to dach wielkiego, bardzo luksusowego i nieprzyzwoicie drogiego samochodu.
Wkrótce, wyjeżdżając z wysiłkiem zza pagórka, pojawiło się całe auto. Czarny, błyszczący w słońcu, posępnie luksusowy dżip grand cherokee, „krążownik szos” oblepiony zaschniętym błotem.
Podjechał i zatrzymał się, jakby nie miał odwagi jechać dalej. Stał tak przez kilka sekund, wpatrując się w dal swoimi dwudziestoma reflektorami, a potem otworzył jednocześnie czworo drzwi i niespiesznie, jakby niechętnie, wypluł z siebie pasażerów.
