
W oczach jego mlecznej matki Lessa wciąż jeszcze była jedynym pełnej krwi Ruathaninem, pozostałym przy życiu po zdradzieckim ataku Faxa na Warownię ponad dwadzieścia Obrotów temu. Wchodząc do swego własnego pokoju Jaxom ściągnął wilgotną tunikę. Woda w dzbanie przy łóżku była letnia; skrzywił się. Powinien naprawdę być równie czysty jak jego smok, ale chyba nie zdąży już dostać się do gorących łaźni Warowni, zanim przybędą Przywódcy Weyru. Nie może pozwolić sobie na to, żeby go nie było, kiedy się pojawią. Umył się mydlanym piaskiem i letnią wodą.
Przybywają, Ruth wygłosił te słowa w umyśle Jaxoma odrobinę wcześniej, niż stary Wilth i Lioth zapowiedzieli gości odpowiednim trąbieniem. Jaxom rzucił się do okna i wyjrzał, udało mu się dojrzeć olbrzymie skrzydła, kiedy nowo przybyli lądowali na Wielkim Dziedzińcu. Nie czekał wystarczająco długo, żeby zobaczyć jak smoki z Benden odlatują na ogniowe wzgórza w towarzystwie chmary podnieconych jaszczurek ognistych. Pospiesznie się wytarł i wyplątał z mokrych spodni. Nie zajęło mu długo narzucenie na siebie świeżych ubrań i wbicie na nogi nowych, wysokich butów, specjalnie na tę okazję zrobionych i wyściełanych puszystą skórą intrusia, mającą grzać w czasie lotu. Ostatnie ćwiczenia ułatwiły mu założenie uprzęży na pełnego zapału małego smoka.
Kiedy Jaxom i Ruth wychynęli ze swojego mieszkania, Jaxoma ponownie ogarnął niepokój. A jeżeli N’ton się mylił? A jeżeli Lessa i F’lar zdecydują się czekać jeszcze kilka miesięcy, żeby zobaczyć, czy Ruth nie urośnie? A jeżeli Ruth, który był takim małym smokiem, nie będzie miał dość sił, żeby go unieść? Przypuśćmy, że zrobi zwierzęciu krzywdę?
Ruth zanucił dodając mu otuchy.
Nie mógłbyś mi zrobić krzywdy. Jesteś moim przyjacielem.
I ubódł swego pana trale, dmuchając mu w twarz ciepłym, świeżym oddechem.
Jaxom głęboko wciągnął powietrze, mając nadzieję uspokoić podniecenie kotłujące się w jego brzuchu. Zobaczył wtedy tłum zebrany na stopniach Warowni. Dlaczego akurat dzisiaj musiało tutaj być tylu ludzi?
