
— Nazywam się Den Melith — przerwał mu minister. — Proszę nazywać mnie Den. Panują tu u nas raczej nieformalne stosunki. Może pan położyć nogi na biurku i czuć się jak w domu. Cygaro?
— Nie, dziękuję — odpowiedział Goodman, czując się w jakiś sposób zbity z pantałyku. — Panie… hm… Den, przybyłem tu z Terry, planety, o której być może słyszałeś.
— Jasne, że tak — odrzekł Melith. — To dość nerwowe miejsce, w którym panuje niezły rwetes, prawda? Oczywiście nie mam nic złego na myśli.
— No właśnie. Odnoszę dokładnie takie samo wrażenie. Przyczyna, dla której tu przybyłem… — Goodman zawahał się, mając nadzieję, że to co mówi nie brzmi zbyt śmiesznie. — Cóż, usłyszałem pewne opowieści o Tranai. Kiedy się nad nimi zastanowić, wydają się niedorzeczne. Ale jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałbym zapytać cię…
— Pytaj, o co chcesz! — oznajmił Melith z wylewną serdecznością. — Odpowiem ci bez żadnego owijania w bawełnę.
— Dziękuję. Otóż słyszałem, że na Tranai od czterystu lat nie było żadnej wojny ani nawet najmniejszego konfliktu zbrojnego.
— Od sześciuset lat — sprostował Melith. — I nie wygląda na to, by jakikolwiek miał się przydarzyć.
— Ktoś powiedział mi, że na Tranai nie ma żadnej przestępczości.
— Kompletnie żadnej.
— I w związku z tym nie ma policji, sądów, sędziów, szeryfów, urzędników pełniących ich funkcję, katów, funkcjonariuszy śledczych ani agentów rządowych. Nie ma tu więzień, zakładów poprawczych, ani też żadnych innych miejsc, gdzie przetrzymuje się ludzi wbrew ich woli.
— Nie jest nam to wszystko potrzebne — wyjaśnił Melith — ponieważ brak u nas przestępstw.
— Słyszałem też — kontynuował Goodman — że na Tranai nie istnieje nędza.
— Nie jest mi znany żaden taki przypadek — oznajmił radośnie Melith. — Czy jesteś pewien, że nie chcesz cygara?
