
— Nie, dziękuję. — Goodman niecierpliwie pochylał się do przodu, jakby spijając odpowiedzi z ust Melitha. — Rozumiem, że osiągnęliście stabilizację ekonomiczną bez uciekania się do socjalistycznych, komunistycznych, faszystowskich lub biurokratycznych praktyk?
— W rzeczy samej — skwitował Melith.
— A zatem wasze społeczeństwo jest w gruncie rzeczy oparte na niczym nie skrępowanej przedsiębiorczości obywateli; kwitnie tu prywatna inicjatywa, a funkcje rządu ograniczone są do niezbędnego minimum.
Melith skinął głową.
— Ogólnie rzecz biorąc, nasz rząd zajmuje się drobniejszymi kwestiami związanymi z regulacją tej inicjatywy, troszczy się o ludzi starszych oraz o upiększanie otaczającego nas krajobrazu.
— A czy to prawda, że odkryliście metodę dystrybucji dóbr, nie uciekając się do państwowego interwencjonizmu, ani nawet do podatków, metodę, która opiera się całkowicie na indywidualnej inicjatywie? — drążył dalej Goodman.
— Tak, w zupełności.
— Czy to prawda, że na żadnym ze szczebli tranaiańskiego rządu nie spotyka się przypadków korupcji?
— Kompletnie żadnej — stwierdził Melith. — Przypuszczam, że właśnie dlatego mamy spory kłopot ze znalezieniem ludzi, którzy chcieliby pełnić funkcje publiczne.
— A zatem kapitan Savage miał rację! — wykrzyknął Goodman, nie będąc już zdolnym, by dłużej się kontrolować. — To jest utopia!
— Podoba nam się to określenie oznajmił Melith.
Goodman wziął głęboki oddech i zapytał:
— Czy mogę tu zostać?
— Czemu nie? — stwierdził Melith, wyciągając jakiś formularz. — Nie mamy żadnych restrykcji, jeżeli chodzi o imigrację. Powiedz mi, jaki jest twój zawód?
— Na Ziemi byłem projektantem robotów.
— Mamy dużo różnych możliwości w tej dziedzinie — stwierdził Melith, zaczynając wypełniać formularz. Z jego pióra ściekła na papier kropla atramentu. Minister cisnął porywczo pióro o ścianę, gdzie rozbiło się w drzazgi, dodając nowy niebieski kleks na tapecie.
