
Kiedy zadyszany Bill wpadł na rynek, zebrał się tam już spory tłum przysłuchujący się porywającemu koncertowi. Robot-orkiestra rzucił się najpierw w gąszcz podniosłych taktów „Gwiezdnych żołnierzy w niebo równym krokiem”, wyrąbał sobie drogę do „Rakietowego grzmotu” aż wreszcie omal się doszczętnie nie zdemolował w pogmatwanym rytmie „W piekle saperzy dzielnie kopią dziurę”. Ostatni akord zaakcentował z takim przejęciem, że jedna z jego nóg wystrzeliła nagle wysoko w powietrze, została jednak zręcznie schwytana w locie i robot zakończył swój popis balansując na jednej nodze, oderwaną zaś kończyną wybijając takt. Po finałowym, rozrywającym bębenki forte na blachach, robot użył oderwanej kończmy jako wskazówki, kierując uwagę tłumu na przeciwległą stronę placyku, gdzie ustawiono trójwymiarowy ekran i budkę z napojami orzeźwiającymi. Żołnierze zniknęli tymczasem w knajpie i promieniujący serdecznym uśmiechem sierżant został sam wśród swych robotów.
— A teraz słuchajcie! Napoje na koszt Cesarza, a tymczasem, żeby wam się nie nudziło, parę kapitalnych, przygodowych scenek z dalekich krajów! — zawołał donośnym, twardym głosem.
Tłum skierował się w tamtą stronę, Bill oczywiście także i tylko paru zgorzkniałych, starszawych osobników, od wielu już lat skutecznie unikających zaciągu do wojska, zniknęło między domami. Napoje chłodzące serwowane były przez robota z kurkiem w miejscu pępka i niewyczerpanym zapasem plastykowych kubeczków w biodrze.
