
— To ten! — zarechotał pod nosem, nieświadomie oblizując wargi językiem pokrytym żółtawym nalotem. Już niemal czuł w kieszeni premię, jaką dostanie za tego osiłka. Tłum zebrany na placu składał się głównie z podstarzałych mężczyzn, tłustych kobiet, dzieciaków i innego nie nadającego się do służby materiału. Wyjątek stanowił ten barczysty, umięśniony kęs elektronicznego mięsa armatniego. Z precyzją świadczącą o dużej wprawie, sierżant zmniejszył nieco poddźwiękowy podkład i skierował w potylice swej ofiary wąski strumień stymulacyjny. Bill aż zadrżał cały, biorąc niemal udział w odbywającej się przed jego oczami wspaniałej bitwie.
Kiedy przebrzmiał ostatni akord i ekran zgasł, robot-barman załomotał donośnie o swoją metalową pierś wykrzykując „Napoje! Napoje!”. Publiczność, jak stado baranów, pośpieszyła gromadnie w jego kierunku, Billa natomiast zatrzymał na miejscu mocny uchwyt czyjejś ręki.
— Hej, mam tu coś dla ciebie — powiedział sierżant, wręczając Billowi kubek płynu zawierającego tak straszliwe stężenie środków osłabiających osobowość, że aż na dnie naczynia zaczęty tworzyć się ich kryształy. — Fajny z ciebie chłopak i na moje oko te dupki się do ciebie nie umywają. Myślałeś kiedyś o karierze w wojsku?
— Ja tam się do tego nie nadaję, sierżancie — Bill kłapnął parę razy szczęką i splunął, bo coś mu się dziwnie ciężko mówiło. Nie mógł też zebrać myśli, ale i tak dobrze świadczył o jego odporności fakt, że po takiej dawce chemicznych i poddźwiękowych stymulatorów w ogóle jeszcze trzymał się na nogach. Nie nadaję się. Ja tam chce być dobry w tym, co lubię, już prawie skończyłem korespondencyjny kurs na Operatora Mechanicznych Roztrząsaczy Obornika i…
