— Pewno, że we właściwym — oświadczył, ale pewność opuściła dyskretnie jego słowa.

Bo na morzu panowała cisza. Nie wyglądało jak należy. Łódź kołysała się trochę, ale tylko od ich poruszeń, nie od ruchu fal. Uczucie było takie, jakby zaraz miał nadejść sztorm. Lecz gwiazdy mrugały delikatnie, a na niebie nie było nawet chmurki.

Gwiazdy mrugały też na powierzchni wody. A czegoś takiego nie widuje się często.

— Chyba powinniśmy się stąd wynieść — uznał Twardziel.

Les wskazał ręką obwisły żagiel.

— A czego użyjemy zamiast wiatru, tato?

I wtedy właśnie usłyszeli plusk wioseł.

Wytężając wzrok, Twardziel ledwie dostrzegał kształt innej, zmierzającej ku nim łodzi. Złapał za bosak.

— Wiem, że to ty, złodziejski cudzoziemski draniu!

Wiosła znieruchomiały. Ponad wodą jakiś głos zaśpiewał:

— Obyś pochłanian był przez tysiąc demonów, przeklęta osobo!

Obca łódź podpłynęła bliżej. Wyglądała obco, z oczami wymalowanymi na dziobie.

— Wszystkie wyłowiłeś, co? Poczęstuję cię swoim trójzębem, ty dupożerny śmieciu, ot co!

— Mój krzywy miecz dotknie twojej szyi, ty nieczysty synu psa żeńskiej proweniencji!

Les wyjrzał przez burtę. Na powierzchnię wody wypływały małe bańki.

— Tato… — odezwał się.

— Ten tam to Lepki Arif! — rzucił ze złością ojciec. — Przyjrzyj mu się uważnie! Od lat tu przypływa i kradnie nasze mątwy, kłamliwy mały demon!

— Tato, na morzu…

— Bierz się do wioseł, to powybijam mu te jego czarne zęby!

Les słyszał dobiegający z drugiej łodzi głos.

— …widzisz, synu, jak ten podstępny złodziej ryb…

— Wiosłuj! — wrzasnął jego ojciec.

— Do wioseł! — wrzasnął ktoś w drugiej łodzi.



2 из 328