
Wokół brzegów Okrągłego Morza wielka fala, wysoka już tylko na pięć czy sześć stóp, gdy do nich dotarła, wzbudziła liczne komentarze. A w pewnych bardzo nisko położonych obszarach mokradeł woda zmoczyła parę wiosek, gdzie żyli ludzie, którymi nikt się specjalnie nie przejmował. Jednak w czysto geologicznym sensie nic wielkiego się nie wydarzyło.
W czysto geologicznym sensie…
— To jest miasto, tato! Patrz, widać okna i…
— Mówiłem ci, nie gadaj, tylko wiosłuj!
Strumienie morskiej wody płynęły ulicami. Po obu stronach wynurzały się z piany wielkie, obwieszone wodorostami budynki.
Ojciec i syn z całych sił starali się uniknąć zderzenia z nimi, gdy łódź sunęła naprzód. A że — jak mówi pierwsza lekcja sztuki wiosłowania — robi się to, patrząc w przeciwną stronę, nie zauważyli drugiej łodzi…
— Ty idioto!
— Głupku!
— Nie dotykaj tego domu! Ta ziemia należy do Ankh-Morpork!
Obie łodzie kręciły się wokół siebie w chwilowym wirze.
— Obejmuję tę ziemię w posiadanie w imieniu szeryfa Al-Khali!
— My pierwsi ją zobaczyliśmy! Les, powiedz mu, że widzieliśmy ją pierwsi!
— My ją zobaczyliśmy pierwsi, zanim wy ją zobaczyliście pierwsi!
— Les, widziałeś? Chciał mnie uderzyć wiosłem!
— Ale tato, wymachujesz trójzębem…
— Widzisz, jak niegodnie nas atakuje, Akhanie!
Zgrzytnęły oba kile, a łodzie zaczęły się przechylać, osiadając w dennym mule.
— Spójrz, ojcze, jaki ciekawy posąg…
— Postawił stopę na klatchiańskim gruncie! Złodziej mątw!
— Zabieraj swoje brudne sandały z terytorium Ankh-Morpork!
— Och, tato…
Dwaj rybacy przestali na siebie krzyczeć, głównie dlatego, że musieli nabrać tchu. Kraby umykały na boki. Woda spływała między kępami zielska, ryjąc wąwozy w szarym mule.
