
Kurek na kopule biblioteki Niewidocznego Uniwersytetu się spóźniał. Miało minąć jeszcze pół godziny, nim pokaże zmianę — ale zapach morza już teraz dryfował nad miastem.
Istniała tradycja, że na placu Sator mówcy stawali na pustych skrzynkach i wygłaszali swoje tyrady. „Mówcy” jest zresztą określeniem mocno naciągniętym, by objąć rzucających gromy, wygłaszających kazania, a z rzadka także osobników zajętych tylko sobą i do siebie mamroczących, którzy pojawiali się w tłumie. Tradycyjnie ludzie mówili, co tylko leżało im na sercu, możliwie jak najgłośniej. Patrycjusz, jak głosiła plotka, spoglądał na ten zwyczaj pobłażliwym okiem. To prawda. Ale też bardzo uważnym. Prawdopodobnie wysyłał tam kogoś, kto wszystko notował.
Podobnie jak Straż Miejska.
To nie jest szpiegowanie, powtarzał sobie komendant Vimes. Szpiegowanie polega na skradaniu się i zaglądaniu w okna. Nie jest szpiegowaniem sytuacja, kiedy człowiek musi się trochę cofnąć, żeby nie stracić słuchu.
Nie patrząc, wyciągnął rękę i zapalił zapałkę o sierżanta Detrytusa.
— To żem był ja, sir — oznajmił z wyrzutem troll.
— Przepraszam, sierżancie. — Vimes przypalił sobie cygaro.
— Żaden problem.
Znowu zaczęli słuchać mów.
To ten wiatr, myślał Vimes. Niesie coś nowego…
Zwykle mówcy roztrząsali najróżniejsze tematy, wiele z nich na granicy obłędu albo gdzieś w spokojnych dolinach po drugiej stronie. Teraz jednak zachowywali się jak monomaniacy.
