
— …najwyższy czas dać im lekcję! — wrzeszczał najbliższy. — Dlaczego nasi tak zwani rządzący nie słuchają głosu ludu? Ankh-Morpork ma już dość tych zadufanych opryszków! Odbierają nam ryby, odbierają nam handel, a teraz jeszcze kradną naszą ziemię!
Byłoby lepiej, gdyby ludzie wiwatowali, myślał Vimes. Ludzie wiwatowali wszystkim mówcom bez różnicy, żeby ich zachęcić. Ale teraz, stłoczeni wokół, tylko kiwali głowami. Oni naprawdę myślą tak, jak on mówi, stwierdził w duchu.
— Ukradli mój towar! — krzyknął mówca naprzeciwko. — To przeklęte pirackie imperium! Zaatakowali mnie! Na wodach Ankh-Morpork!
Odpowiedzią był ogólny pomruk słusznego oburzenia.
— A co ukradli, panie Jenkins? — odezwał się głos spośród tłumu.
— Ładunek kosztownych jedwabi!
Słuchający syknęli wzburzeni.
— Ach, zatem nie suszone rybie podroby i gnijące mięso? O ile pamiętam, to pańskie zwykłe ładunki.
Jenkins usiłował wypatrzyć mówiącego.
— Cenne jedwabie! — powtórzył. — Ale czy miasto to obchodzi? Nic a nic!
— Skandal! — zabrzmiały okrzyki.
— A czy miasto zostało powiadomione? — pytał głos.
Ludzie zaczęli wyciągać szyje. Po chwili tłum rozstąpił się nieco, odsłaniając postać komendanta Vimesa ze Straży Miejskiej.
— No więc… ja… — zaczął Jenkins. — No… tego…
— Mnie to obchodzi — zapewnił spokojnie Vimes. — Wytropienie ładunku cennych jedwabi cuchnących rybimi flakami nie powinno być zbyt trudne.
Rozległy się śmiechy. Mieszkańcy Ankh-Morpork lubili pewne urozmaicenie w swym ulicznym teatrze.
Vimes mówił pozornie do sierżanta Detrytusa, lecz cały czas patrzył na Jenkinsa.
— Detrytus, pójdziesz z tym oto panem Jenkinsem, dobrze? Jego łódź to „Milka”, o ile pamiętam. Pan Jenkins pokaże ci listy ładunkowe, manifesty, pokwitowania i całą resztę. Potem załatwimy tę sprawę raz-dwa.
