
Pasek, którym bił wczoraj syna, leżał na ziemi obok brudnych koszul, skarpetek i dżinsów.
Przez chwilę, przez ułamek sekundy, Gage'owi stanął w oczach szalony obraz, jak podnosi ten pasek, bierze solidny zamach i z całej siły wali w nagi, obwisły brzuch ojca.
I jak ci się to podoba.
Ale na stole, obok przepełnionej popielniczki i pustej butelki, stało zdjęcie uśmiechniętej matki Gage'a.
Ludzie mówili, że jest do niej bardzo podobny – ciemne włosy, zamglone, zielone oczy, silnie zarysowane usta. Kiedyś się wstydził, że porównywano go do kobiety, ale ostatnio, gdy wszystkie wspomnienia tak bardzo zbladły, kiedy nie słyszał już w głowie jej głosu ani nie pamiętał, jak pachniała, te porównania przynosiły mu ukojenie. Wyglądał jak matka.
Czasami wyobrażał sobie, że mężczyzna, który upijał się do nieprzytomności niemal co noc, nie jest jego ojcem.
Jego tata jest mądry, dzielny i trochę beztroski.
A potem patrzył na swojego starego i wiedział, że to wszystko bzdury.
Wychodząc z pokoju, ułożył palce w pistolet i strzelił w starego łajdaka. Musi nieść plecak w ręku, nie ma mowy, żeby założył go na poranione plecy.
Zszedł po schodach i poszedł na tyły budynku, gdzie przykuł kupiony z trzeciej ręki rower.
Pomimo bólu wsiadając, uśmiechnął się szeroko.
Przez następne dwadzieścia cztery godziny był wolny.
Umówili się na zachodnim krańcu miasta, gdzie droga ocierała się o las. Chłopiec z klasy średniej, dzieciak hipisów i syn pijaka.
Urodzili się tego samego dnia, siódmego lipca. Cal wydał swój pierwszy przerażony krzyk na porodówce szpitala hrabstwa Washington, podczas gdy jego matka oddychała ciężko, a ojciec szlochał. Fox wypchnął się na świat prosto w ręce roześmianego ojca w sypialni małego wiejskiego domku na odludziu wśród dźwięków Boba Dylana śpiewającego „Lady, Lady, Lady”. Zaś Gage wydostał się z trudem ze swej przerażonej matki w karetce pędzącej szosą Maryland numer sześćdziesiąt pięć.
