
Teraz Gage przyjechał pierwszy i wprowadził rower między drzewa, żeby nikt z drogi nie mógł go zauważyć.
Usiadł na ziemi i zapalił pierwszego tego popołudnia papierosa. Zawsze po nich robiło mu się trochę niedobrze, ale buntowniczy akt palenia wynagradzał złe samopoczucie.
Siedział i palił w cieniu drzew i wyobrażał sobie, że jest na górskiej ścieżce w Kolorado albo w parnej południowoamerykańskiej dżungli.
Wszędzie, tylko nie tu.
Włożył papierosa po raz trzeci do ust i po raz pierwszy ostrożnie zaciągnął się dymem, gdy usłyszał zgrzyt opon na piachu i kamieniach.
Fox przedzierał się przez las na Piorunie – tak nazywał swój rower, bo jego ojciec wymalował błyskawice na ramie.
Ojciec Foxa był super pod tym względem.
– Cześć, Turner.
– O'Dell. – Gage wyciągnął papierosa w stronę kolegi. Obaj wiedzieli, że Fox wziął go tylko po to, żeby nie wyjść na mięczaka. Zaciągnął się szybko i oddał. Gage skinął głową w stronę torby przywiązanej do kierownicy Pioruna.
– Co masz?
– Ciasteczka, pianki i trochę placka. Jabłkowego i wiśniowego.
– W dechę. Ja mam trzy puszki piwa na dziś wieczór. Oczy Foxa zrobiły się wielkie jak spodki.
– Nie zalewasz?
– Nie zalewam. Stary był zmiażdżony. I tak się nie pozna. I mam coś jeszcze. „Penthouse'a” z zeszłego miesiąca.
– Serio?
– Trzyma je pod stertą ciuchów w łazience.
– Pokaż.
– Później. Do piwa. Obaj popatrzyli na Cala, który pchał rower po nierównej ścieżce.
– Cześć, palancie – powitał go Fox.
– Cześć, dupki.
Po braterskim powitaniu poprowadzili rowery wąską ścieżką w głąb lasu.
Przypięli starannie rowery, odwiązali torby i wyciągnęli zapasy.
– Jezu, Hawkins, co twoja mama tam zapakowała?
– Przestaniesz narzekać, jak spróbujesz. – Ramiona Cala już protestowały przeciwko ciężarowi. Popatrzył spode łba na Gage'a. – Dlaczego nie założysz plecaka? Mógłbyś mi pomóc.
