
– Widziałem ją. Fox ukucnął, odrzucając z twarzy mokre włosy.
– Koleś, przecież ty nic nie widzisz bez tych denek od butelek.
– Zamknij się, O'Dell. – Gage też przykucnął. – Co widziałeś, Cal?
– Ją – Jej włosy pływały dookoła, a oczy, och człowieku, oczy miała czarne jak te rekiny w „Szczękach”. Była ubrana w taką długą suknię, z długimi rękawami i w ogóle, i wyciągnęła rękę, jakby chciała mnie złapać…
– Kościstymi palcami – dokończył Fox, z trudem ukrywając pogardę w głosie.
– Nie były kościste. – Cal uniósł głowę, a w jego oczach za grubymi szkłami malował się gniew i przerażenie. – Myślałem, że będą, ale ona, cała, wyglądała jak… prawdziwa. Nie jak duch czy szkielet. Człowieku, o Boże, widziałem ją. Nie wymyśliłem sobie tego.
– Jeeezu. – Fox odsunął się jeszcze o krok od sadzawki i zaklął siarczyście, gdy kolce jeżyn rozorały mu ramię. – Cholera, skaleczyłem się o krzak. – Wyrwał garść długiej trawy i wytarł krew sączącą się z zadrapań.
– Nawet o tym nie myśl. – Cal widział, w jaki sposób Gage patrzy na wodę – ten błysk „ciekawe – co – by – się – sta – ło” w zamyślonych oczach. – Nikt nie wróci do wody. I tak za słabo pływasz, żeby próbować.
– Dlaczego tylko ty ją widziałeś?
– Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Chcę stąd iść. Cal skoczył na równe nogi, złapał spodnie. Zanim zdążył je założyć, zobaczył plecy Gage'a.
– Rany julek, ale masz poharatane plecy.
– Stary się wczoraj zmiażdżył. Nic wielkiego.
– Chłopie. – Fox podszedł, żeby zobaczyć. – To cię dopiero musi boleć.
– Woda trochę pomogła.
– Mam zestaw pierwszej pomocy… – zaczął Cal, ale Gage nie pozwolił mu dokończyć.
– Powiedziałem, że to nic takiego. – Złapał koszulę i wciągnął ją przez głowę. – Skoro brakuje wam jaj, żeby wrócić do wody i zobaczyć, co się wydarzy, to równie dobrze możemy już iść.
