
– Łączymy naszą krew. – Gage nawet nie mrugnął, kiedy ostrze przejechało po jego skórze.
– Trzech za jednego i jeden za trzech. Cal wyciągnął rękę, Fox i Gage przycisnęli rozcięte nadgarstki do jego skóry.
– Bracia w duszy i umyśle. Bracia krwi na wieki. Nagle chmury przykryły księżyc i zasnuły jasne gwiazdy.
Zmieszana krew chłopców skapnęła na spaloną ziemię.
Zerwał się wiatr, a jego wycie przypominało wściekły wrzask. Małe ognisko strzeliło wieżycą płomieni. Wszyscy trzej zostali uniesieni w górę, jak gdyby schwyciła ich – i cisnęła na ziemię – niewidzialna dłoń. Wokół nich eksplodowało światło.
Cal otworzył usta do krzyku i poczuł, że coś gorącego i silnego ściska mu płuca i miażdży serce, powodując niewyobrażalny ból.
Światło zgasło. W smolistej ciemności powiał lodowato zimny wiatr, który zmroził chłopcu skórę. Wicher wydawał teraz odgłosy przypominające ryk bestii, potworów, które żyły tylko w książkach Cala. Próbował odczołgać się na bok, ale ziemia drżała, utrudniając mu ruchy.
Coś się wyłoniło z lodowatej ciemności, z rozedrganej ziemi. Coś wielkiego i potwornego.
Miało czerwone jak krew oczy, pełne… głodu. Popatrzyło na Cala. A gdy się uśmiechnęło, potworne zęby zalśniły niczym srebrne sztylety.
Cal pomyślał, że umarł i że to coś go pożre jednym kłapnięciem szczęki.
Ale kiedy odzyskał czucie, usłyszał bicie własnego serca i krzyki przyjaciół.
Braci krwi.
– Jezu, Jezu, co to było? Widzieliście? – wołał Fox cieniutkim głosem. – Gage, Boże, z nosa leci ci krew.
– Tobie też. Coś… Cal. Boże, Cal. Cal leżał nieruchomo na plecach, czując na twarzy ciepłą krew.
Był zbyt oszołomiony, żeby się tym przestraszyć.
– Nic nie widzę – wychrypiał drżącym szeptem. – Nic nie widzę.
– Twoje okulary są zniszczone. – Fox podpełzł do niego z twarzą brudną od ziemi i krwi. – Zbiło się jedno ze szkieł. Koleś, mama cię zabije!
