
Nie było tu właściwie trawnika i Quinn doszła do wniosku, że Hawkins bardzo rozsądnie zdecydował się na grubą podściółkę, krzewy i drzewa na froncie zamiast tradycyjnej trawy, którą musiałby ciągle kosić i wyrywać z niej chwasty.
Spodobała jej się weranda, która biegła z przodu, z boków i zapewne z tyłu domu, a także ziemisty kolor kamienia i wielkie okna.
Budynek wyglądał, jakby stał tu od zawsze i był częścią lasu.
Quinn zaparkowała obok starej furgonetki i wysiadła, żeby popatrzeć na wszystko z oddali.
Teraz zrozumiała, dlaczego ktoś mógł wybrać ten dom. Niewątpliwie panowała tu atmosfera grozy, zwłaszcza jeśli ktoś widział i czuł takie rzeczy, ale nie można było odmówić temu miejscu czaru i poczucia odosobnienia – nie samotności. Quinn mogła sobie wyobrazić, jak siedzi w letni wieczór na werandzie i popijając zimne piwo, wsłuchuje się w ciszę.
Drzwi domu stanęły otworem, zanim zdążyła zrobić pierwszy krok.
Ogarnęło ją tak silne uczucie deja vu, że niemal zakręciło jej się w głowie. Stał tam, w drzwiach chaty, z czerwonym kwiatem krwi na koszuli.
Nie możemy dłużej tu zostać.
Słowa rozbrzmiały w jej głowie jasno i wyraźnie, wypowiedziane przez znajomy głos.
– Panna Black? Quinn wróciła do rzeczywistości. Nie było tu żadnej chaty, a mężczyzna stojący na pięknej werandzie uroczego domu nie miał krwi na koszuli ani wyrazu wielkiej miłości i rozpaczliwego smutku w oczach.
Jednak i tak musiała na chwilę oprzeć się o samochód, żeby złapać oddech.
– Tak, dzień dobry. Ja tylko… podziwiałam dom. Piękne miejsce.
– Dziękuję. Nie miała pani kłopotów z dojazdem?
– Nie, nie, pana wskazówki były bardzo precyzyjne. – Idiotyzmem było prowadzenie tej rozmowy w podmuchach lodowatego wiatru – sądząc z miny Caleba, gospodarz sądził tak samo.
Quinn odepchnęła się od samochodu i idąc po schodach, próbowała przywołać na twarz miły uśmiech.
