Teraz usłyszała głos nie w powietrzu lecz we własnej głowie. Jedno słowo: devotio.

Wtedy nagie, pokryte tylko szronem drzewa i srebrny księżyc poszarzały. Ścieżka skręciła i Quinn stanęła przed niedużym stawem. Woda była czarna niczym atrament, jak gdyby głębina wessała i pochłonęła całe światło nieba.

Na brzegu stała młoda kobieta w długiej, brązowej sukience. Włosy miała krótko przycięte, kosmyki sterczały dziko na wszystkie strony. Schylała się i wypełniała kieszenie sukienki kamieniami.

– Halo! – zawołała Quinn. – Co ty robisz? Tamta nadal wkładała kamienie do kieszeni. Quinn podeszła bliżej i zobaczyła, że szalone oczy dziewczyny są pełne łez.

– Cholera. Nie chcesz tego robić. Nie chcesz być jak Virginia Woolf

Dziewczyna odwróciła głowę i zszokowana Quinn zobaczyła swoją własną twarz.

– On nie wie wszystkiego – powiedziała szalona dziewczyna. – On cię nie znał.

Rozrzuciła ramiona i jej szczupłe ciało, obciążone balastem kamieni, zaczęło chwiać się i kołysać, aż runęła w czarną wodę. Sadzawka połknęła ją niczym wyczekujące usta.

Quinn skoczyła – a cóż innego mogła zrobić? Wzięła głęboki oddech, przygotowując się na lodowaty szok.

Zobaczyła błysk, usłyszała ryk grzmotu lub czegoś żywego i bardzo głodnego. Klęczała na polanie, z której środka wyrastała niczym ołtarz samotna skała. Wokoło szalał ogień, nad nią, przed nią, ale nie czuła żadnego żaru.

Przez zasłonę płomieni dostrzegła dwie postacie, czarną i białą, walczące jak dzikie zwierzęta. Ziemia rozwarła się z potwornym, rozdzierającym hukiem i zaczęła wszystko pochłaniać.

Z gardła Quinn wyrwał się wrzask; drapiąc paznokciami ziemię, doczołgała się do skały i oplotła ją ramionami.

Kamień rozpadł się na trzy równe części, a Quinn poleciała, koziołkując, w czarną, żarłoczną otchłań.



59 из 269