– Mam wszystko, okej? Frannie odwróciła się z promiennym uśmiechem.

– Okej. – Podeszła do syna i przesunęła dłonią po jego krótkich, miękkich włosach. Był jej małym blond aniołkiem, pomyślała, ale jego włosy już ciemniały i przypuszczała, że w końcu nabiorą koloru jasnego brązu.

Tak jak jej, gdyby nie pomoc „Garniere Naturals Blond”. Odruchowo poprawiła mu na nosie okulary w ciemnych oprawkach.

– Pamiętaj, żebyś zaraz po przyjeździe podziękował pani Barry i panu O'Dellowi.

– Podziękuję.

– I zanim jutro wrócisz do domu.

– Tak jest, proszę pani. Ujęła twarz syna w dłonie i popatrzyła przez grube szkła w oczy o tym samym, szarym odcieniu, jak u jego ojca.

– Bądź grzeczny – powiedziała i pocałowała go w policzek. – Baw się dobrze. – Teraz w drugi. – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, moje maleństwo.

Zwykle Cal nie cierpiał, gdy nazywała go „maleństwem”, ale teraz z niewiadomego powodu trochę się rozczulił i poczuł całkiem dobrze.

– Dzięki, mamo. Zarzucił plecak i podniósł wypakowany kosz piknikowy. Jak, u licha, ma dojechać aż do Hawkins Wood na rowerze obładowanym połową sklepu spożywczego? Chłopaki mu nie odpuszczą.

I tak nie miał wyjścia, więc zatargał wszystko do garażu, gdzie jego rower wisiał schludnie – wymóg mamy – na przyśrubowanym do ściany stojaku. Przemyślawszy sprawę, pożyczył od ojca dwie liny do skoków na bungee i przywiązał kosz piknikowy do bagażnika.

Wskoczył na siodełko i popedałował do furtki.

Fox skończył pielić swoją część ogrodu warzywnego, po czym wziął spray, który co tydzień przygotowywała jego matka, żeby odstraszyć jelenie i króliki od darmowego bufetu. Mieszanka czosnku, surowego jajka i pieprzu cayenne śmierdziała tak okropnie, że musiał wstrzymać oddech, gdy spryskiwał grządki zielonego groszku, fasolki limeńskiej, ziemniaków, marchewki i rzodkwi.

Odsunął się, wziął głęboki oddech i przyjrzał swojej pracy. Jego matka była piekielnie zasadnicza, jeśli chodziło o ogród. Poszanowanie Ziemi, życie w harmonii z Naturą i cały ten kram.



6 из 269