
Fox wiedział, że chodziło też o wyżywienie i zarobienie pieniędzy na utrzymanie sześcioosobowej rodziny – i każdego, kto wpadł z wizytą. Dlatego jego ojciec i starsza siostra Sage sprzedawali właśnie na straganie świeże jajka, kozie mleko, miód i zrobione przez matkę dżemy.
Spojrzał na młodszego brata Ridge'a, który leżał rozciągnięty między grządkami i bawił się zielskiem, zamiast je wyrywać. Matka usypiała w domu ich maleńką siostrę Sparrow i zostawiła Ridge'a pod opieką Foxa.
– Dalej, Ridge, wyrywaj te głupie chwasty. Chcę już iść.
Ridge uniósł twarz i popatrzył na brata rozmarzonymi oczami.
– Dlaczego nie mogę iść z tobą?
– Bo masz osiem lat i nie umiesz nawet wypielić głupich pomidorów. – Poirytowany Fox podszedł do grządki Ridge'a, przykucnął i zaczął wyrywać zielsko.
– Właśnie że umiem. Tak, jak liczył, urażony Ridge z pasją zabrał się do pielenia. Fox wyprostował się i wytarł ręce o dżinsy. Był wysokim, szczupłym chłopcem z masą brązowych włosów splątanych wokół twarzy o ostrych rysach. Gdy szedł po spray, w jego piwnych oczach malowała się satysfakcja.
Rzucił pojemnik obok brata.
– Nie zapomnij popryskać ich tym gównem. Przeciął ogród, obchodząc to, co pozostało – trzy niskie ściany i fragment komina – ze starej kamiennej chaty stojącej na skraju warzywnika. Ruina tonęła – tak jak lubiła mama – w powodzi kapryfolium i powoju.
Ominął kurnik i dziobiące wokół kurczęta, wybieg, gdzie stały dwie luźno przywiązane, znudzone kozy, przeszedł skrajem ziołowego ogrodu matki i skierował się do tylnych drzwi. W przestronnej kuchni blaty uginały się od słoików do przetworów, pokrywek, kostek wosku i misek pełnych knotów.
Fox wiedział, że większość mieszkańców Hollow i okolicy uważała jego rodzinę za zdziwaczałych hipisów, ale to mu nie przeszkadzało. Na ogół znajdowali z nimi wspólny język, a ludzie z radością kupowali od nich jajka i przetwory, makatki, świece domowego wyrobu i rękodzieła mamy albo zatrudniali jego tatę na budowach.
