
Fox umył się przy zlewie, a potem przejrzał szafki i wielką spiżarnię w poszukiwaniu czegokolwiek, co nie było zdrową żywnością.
Nic z tego.
Podjedzie do sklepu – tego zaraz za miastem, tak na wszelki wypadek – i wyda trochę oszczędności na ciasteczka czekoladowe i piankę.
Do kuchni weszła matka, ubrana w letnią sukienkę, odrzucając na plecy długi warkocz.
– Skończyliście?
– Ja tak, Ridge już kończy. Joanne podeszła do okna, potargała włosy Foxa i położyła rękę na jego karku, przyglądając się młodszemu synowi.
– Zostało trochę pierników z chleba świętojańskiego i wegetariańskich parówek, które możesz zabrać, jeśli chcesz.
– Ach. – Paskudztwo. – Nie, dzięki. Nic mi nie trzeba. Wiedział, że ona wiedziała, że będzie jadł mięso i rafinowany cukier. I wiedział też, że ona wiedziała, iż on wie, ale nie zamierzała go za to łajać. Mama wierzyła w samodzielne dokonywanie wyborów.
– Baw się dobrze.
– Będę.
– Fox? – Stała nadal przy zlewie, a padające z okna słońca tworzyło aureolę wokół jej włosów. – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
– Dzięki, mamo. – Myśląc już tylko o słodyczach, wypadł przez drzwi, złapał rower i wyruszył na spotkanie z przygodą.
Stary nadal spał, gdy Gage wrzucał zapasy do plecaka. Słyszał jego chrapanie przez cienkie ściany ciasnego, lichego mieszkania nad kręgielnią, w której stary mył podłogi, sprzątał toalety i wykonywał każdą robotę, jaką zlecił mu ojciec Cala.
Gage może i nie miał jeszcze dziesięciu lat, ale dobrze wiedział, dlaczego pan Hawkins zatrudniał jego ojca i dlaczego mieli bezpłatne mieszkanie, które przysługiwało ojcu jako „dozorcy” budynku. Pan Hawkins litował się nad nimi – a zwłaszcza nad Gagiem, pozbawionym matki synem nędznego pijaka.
