
Przesunąłem się na drugą stronę szczytu i górą przeszedłem do przeciwległego okapu. Jakiś metr do przodu i dwa w dół, łatwy skok, i już biegłem po płaskim dachu biblioteki. Potem przez dachy i naokoło kominów na ustawionych w szeregu zaadaptowanych kamienicach. Ponad kaplicą jak Quasimodo — tu trochę ślisko — wzdłuż występu, w dół po rynnie, jeszcze jeden występ, i wreszcie przez duży dąb na ostatni występ. Wspaniale! Byłem pewien, że zaoszczędziłem sześć czy siedem minut.
Zaglądając przez okno poczułem się niezwykle grzecznie, bo zegar na ścianie pokazywał, iż zjawiłem się o trzy minuty przed czasem.
Twarz Dennisa Wexrotha o szeroko otwartych oczach i ustach uniosła się znad książki, powoli się odwróciła, następnie pociemniała, kontynuowała ruch w górę, wreszcie pociągnęła za sobą resztę ciała wokół biurka w moim kierunku.
Kiedy przesunął do góry połowę okna i powiedział: — Co pan do cholery robi, panie Cassidy? — oglądałem się właśnie przez ramię, żeby zobaczyć, w co się tak wpatruje.
Odwróciłem się. Ściskał parapet, jakby był mu bardzo drogi, a ja chciałbym go zabrać.
— Czekam na rozmowę z panem — odparłem. — Przyszedłem trzy minuty wcześniej.
— Może więc pan wrócić na dół i wejść tą samą drogą, jaką… — zaczął. — Nie! Proszę zaczekać! — powiedział. — Wtedy mógłbym się stać współwinnym wykroczenia. Proszę tu wejść!
Odsunął się, a ja wszedłem do pokoju. Wytarłem rękę w spodnie, ale nie chciał mi jej uścisnąć.
Odwrócił się, podszedł do biurka i usiadł.
— Istnieje przepis zakazujący wspinania się po budynkach — rzekł.
— Tak — odpowiedziałem — ale jest on czysto formalny. Musieli wydać jakiś zakaz i tyle. Nikt nie zwraca żadnej uwa…
