
— Pan — rzekł, potrząsając głową. — Pan jest powodem tego zakazu. Może jestem tu nowy, ale jeśli o pana chodzi, to ze wszystkim się zapoznałem.
— To nie jest aż tak ważne — rzekłem. — O ile zachowuję dyskrecję, nikogo za bardzo nie obchodzi…
— Akrofilia! — parsknął i trzepnął ręką leżącą na biurku teczkę. — Kupił pan kiedyś wariackie zaświadczenie lekarskie, które uchroniło pana przed zawieszeniem: dzięki temu zdobył pan nawet pewne współczucie i stał się na swój sposób sławny. Właśnie o tym przeczytałem. Bzdura. Nie kupuję tego. Nawet nie uważam, że to zabawne.
Wzruszyłem ramionami.
— Lubię się wspinać — powiedziałem. — Lubię być wysoko. Nigdy nie twierdziłem, że to zabawne, a doktor Marko nie jest wariatem.
Cisnął we mnie spółgłoską wargową i zaczął przerzucać kartki w teczce. Zaczynałem nie lubić faceta. Krótko ostrzyżone, rudawoblond włosy, schludna, pasująca do nich bródka i wąsy niemal skrywające jego paskudne usteczka. Pewnie jakieś dwadzieścia pięć lat. Robi się nieprzyjemny, apodyktyczny i nawet nie proponuje mi krzesła, a ja prawdopodobnie jestem od niego o kilka lat starszy i zadałem sobie trud, żeby zjawić się tu na czas. Spotkałem go przedtem tylko jeden raz, przelotnie, na jakimś przyjęciu. Był wtedy zalany i zachowywał się znacznie sympatyczniej. Oczywiście wtedy nie widział jeszcze moich papierów. Ale i tak nie powinno mu to sprawiać różnicy. Powinien postępować ze mną de nouo, a nie na podstawie jakichś pogłosek. Opiekunowie jednak przychodzą i odchodzą — ogólni, wydziałowi, specjalni. Miałem do czynienia z najlepszymi i z najgorszymi. Tak od razu trudno mi powiedzieć, który był moim ulubionym. Może Merimee. Może Crawford. Merimee pomógł mi wymigać się od zawieszenia. Bardzo przyzwoity gość. Crawfordowi prawie udało się za pomocą różnych sztuczek doprowadzić mnie do ukończenia studiów, za co prawdopodobnie dostałby nagrodę Opiekuna Roku. Niemniej jednak dobry facet. Trochę zbyt twórczy. Gdzie oni się teraz podziewają?
