
— Teraz rzeczywiście sobie przypominam, że coś o tym słyszałem. Ale co robili ze… szczątkami?
— Jeden z partnerów był jednocześnie właścicielem zakładu pogrzebowego. Tam wszystkiego się pozbywał.
— Aha. No dobrze… chwileczkę. A co robili, jeśli ktoś chciał zobaczyć zamrożonego znajomego lub krewnego?
— Zamieniali tabliczki z nazwiskami. Zamrożone ciało widziane przez oszronioną szybkę wygląda jak każde inne — coś jak lody na patyku w celofanie. W każdym razie wuj Albert był jednym z tych, których trzymali na pokaz. Zawsze miał szczęście.
— I jak w końcu wpadli?
— Przez oszustwa podatkowe. Zrobili się zachłanni.
— Rozumiem. A zatem pański wuj mógłby się pewnego dnia pojawić i zażądać rozliczenia?
— Zawsze istnieje taka możliwość. Oczywiście, z pozytywnym skutkiem udało się rozmrozić bardzo nielicznych.
— Czy nie niepokoi pana ta możliwość?
— Radzę sobie z problemami w miarę ich pojawiania się. Jak dotąd wuj Albert się nie pojawił.
— Czuję się w obowiązku zauważyć, że oprócz przeciwstawiania się przepisom uniwersyteckim i życzeniom wuja wyrządza pan szkody także gdzie indziej.
Rozejrzałem się po pokoju, zajrzałem nawet pod swoje krzesło.
— Poddaję się.
— Sobie.
— Sobie?
— Sobie. Godząc się na wygodne finansowe bezpieczeństwo sytuacji, poddaje się pan bezczynności. Niszczy pan swoje szansę osiągnięcia czegokolwiek. Pogrąża się pan w trutniowaniu coraz bardziej.
— W trutniowaniu?
— W trutniowaniu. W obijaniu się i nic nie robieniu.
— Jeśli więc uda się panu mnie wykopać, zrobi to pan dla mojego własnego dobra, co?
— Dokładnie.
— Przykro mi to mówić, ale historia pełna jest ludzi jak pan. Oceniamy ich raczej surowo.
— Historia?
— Nie wydział. Zjawisko.
Westchnął i potrząsnął głową. Wziął moją kartę do ręki, oparł się wygodnie w fotelu, pyknął z fajki i zaczął uważnie czytać.
