Zastanawiałem się, czy naprawdę wierzy, że usiłując zniszczyć mój styl życia, robi mi przysługę. Pewnie tak.

— Chwileczkę — odezwał się. — Tu jest pomyłka.

— Nie ma żadnej pomyłki.

— Godziny są źle podliczone.

— Nie. Potrzebuję dwunastu i jest dwanaście.

— Nie twierdzę, że nie, ale…

— Sześć godzin, zajęcia indywidualne, interdyscyplinarne, do zaliczenia z historii sztuki, w terenie. W moim przypadku w Australii.

— Dobrze pan wie, że tak naprawdę powinna to być antropologia, ale wtedy skończyłby pan specjalizację. Ale nie o to…

— Następnie trzy godziny literaturoznawstwa porównawczego z wykładami o trubadurach. Tu mi nic jeszcze nie grozi i mogę to złapać na wideo — tak samo jak te jednogodzinne zajęcia z bieżących wydarzeń na zaliczenie nauk społecznych. Tu mi też nic nie grozi i mam już dziesięć godzin. Potem dwie godziny wyplatania koszy dla zaawansowanych i jest dwanaście. Voila!

— Nie, proszę pana! Nic z tego! Te ostatnie zajęcia trwają trzy godziny, a to daje panu specjalizację!

— Nie czytał pan jeszcze okólnika 57, prawda?

— Co?

— Wprowadzono zmianę.

— Nie wierzę panu.

Rzuciłem okiem na jego półeczkę ze sprawami do załatwienia. — Niech pan przeczyta swoją pocztę.

Zaczął gorączkowo przerzucać papiery. Gdzieś w połowie sterty znalazł okólnik. Śledząc wyraz jego twarzy zauważyłem w ciągu pierwszych pięciu sekund niedowierzanie, wściekłość i zdumienie. Miałem nadzieję na rozpacz, ale nie można mieć wszystkiego na raz.

Kiedy znów się do mnie zwrócił, została mu na twarzy tylko frustracja i oszołomienie. Powiedział: — Jak pan to zrobił?

— Dlaczego musi pan szukać najgorszego?

— Bo przeczytałem pańskie dokumenty. Dotarł pan jakoś do prowadzącego zajęcia, tak?



10 из 179