
— Te promienie mogą pewno przeciąć każdy materiał zauważył Parke. — Bardzo użyteczne.
Edsel spędził wspaniałe pół godziny, biegając tam i z powrotem z głębi magazynu do drzwi z rozmaitymi rodzajami broni. Parke nie ruszał się nawet, ale obserwował próby kompana z zainteresowaniem. Starożytne uzbrojenie Marsjan było jak nowe, w pełni sprawne i nie uszkodzone mimo tysięcy lat bezużytecznego magazynowania. Było wiele typów broni wybuchowej, rozmaitych wzorów i mocy. Były pistolety cieplne i wyzwalające energię promieniowania, narzędzia cudownie małe i poręczne. Były aparaty zamrażające i palące, były takie, które kruszyły najtwardszą skałę, takie, które cięły, które wywoływały krzepnięcie, paraliż i rozmaite inne efekty niszczące życie.
— Wypróbujemy ten aparat — zaproponował Parke. Edsel szykował się właśnie do próby interesującego, trzylufowego karabinu. Przerwał swoje wstępne badania na dźwięk głosu Parkego.
— Jestem zajęty — odburknął.
— Przestań się bawić tymi drobiazgami. Przyjrzyjmy się rzeczom poważniejszym.
Parke stał teraz obok przysadzistej, czarnej maszyny na kołach. Wspólnie z Edselem wyciągnął ją przed magazyn. Edsel oczywiście zabrał się do uruchamiania maszyny, próbując efektów poruszania licznych kółek, dźwigni i tastrów. Gdzieś w głębi aparatu odezwał się słaby szum, a zaraz potem wokół nich utworzyła się sina mgiełka. Przy pokręcaniu jednego z kółek na tablicy kontrolnej zasięg mgły się powiększył.
— Teraz wypróbuj którąś z tych pukawek — powiedział Parke. Edsel wziął jeden z pistoletów i strzelił. Pocisk pochłonięty został przez ścianę mgły. Wypróbowali zaraz jeszcze trzy dalsze rodzaje broni. Żaden z nich nie był w stanie przebić się przez świecącą siną mgłę.
— Sądzę, że to może odizolować nawet od wybuchu bomby atomowej — stwierdził Parke.
— To niezwykle silne pole magnetyczne…
