Edsel wyłączył aparaturę. Sina mgła zniknęła. Słońce ginęło już za horyzontem. Kiedy powrócili do magazynu, było już tam znacznie ciemniej.

— Wiesz co, Parke — odezwał się nagle Edsel. — Jesteś całkiem fajny chłop. Podobasz mi się jednak.

— Dziękuję — odpowiedział Parke, ogarniając wzrokiem masę broni w magazynie.

— Nie masz do mnie pretensji, że przeciąłem na pół tego Faxona, co? On miał przecież zamiar donieść na mnie władzom na Ziemi.

— Wprost przeciwnie, w pełni aprobuję to, co uczyniłeś. — Świetnie. Mówiłem, że jesteś jednak całkiem fajny chłop. Mogłeś mnie wykończyć, kiedy załatwiałem Faxona… Edsel nie dodał, że sam tak właśnie by postąpił.

Parke wzruszył po swojemu ramionami.

— Odpowiadałoby ci, żeby współpracować ze mną przy zorganizowaniu tego królestwa w Ameryce Środkowej? spytał Edsel, uśmiechając się. — Myślę, że udałoby się nam. Zdobędziemy jakiś niezły kraik, kupę dziewczynek, mnóstwo uciech. Co o tym sądzisz?

— Naturalnie — odpowiedział Parke. — Na mnie możesz liczyć.

Edsel klepnął go po ramieniu i razem ruszyli na dalszą inspekcję magazynu.

— To wszystko jest jasne — mówił Parke, wskazując rozmaite rodzaje broni. — Różne odmiany tego, co już widzieliśmy.

Dopiero teraz ujrzeli drzwi, zasłonięte wysoką pryzmą jakichś śmiercionośnych instrumentów. Na drzwiach tych wygrawerowany był marsjański napis.

— Co tam jest napisane? — dopytywał się Edsel.

— Coś o broni ostatecznej — odrzekł Parke, wysilając wzrok przy odcyfrowywaniu słabo już widocznego napisu. — Ostrzeżenie, żeby tam nie wchodzić…

Sam otworzył drzwi. Obaj weszli do następnej sali, ale już po pierwszym kroku wzdrygnęli się nagle i stanęli jak wryci.

Druga sala była co najmniej trzykrotnie większa od pierwszej. Jak daleko sięgał ich wzrok, pełna była żołnierzy. Barwnie ubranych, uzbrojonych od stóp do głów żołnierzy… nieruchomych, podobnych do posągów…



7 из 12