
Nie martwił się tym jednak. Widział przecież morze. Raz w życiu. Prawie nikt z jego plemienia nie mógł się tym pochwalić. Nigdy nie zapomni zapachu morza. Nie zapomni też jego wielkiej, rozkołysanej potęgi.
W tej chwili Srebrny Obłok stał na wzniesieniu, z którego widać było obozowisko i patrzył na równinę, która nieoczekiwanie pokryła się śniegiem. Rozdymał szeroko nozdrza, oddychał głęboko i wchłaniał dochodzący do niego z dołu wraz z oparami topniejącego śniegu przypominający woń piżma zapach morza. Stał tak i przez krótką chwilę czuł się znowu młodo.
Przez krótką chwilę.
— Wczoraj wieczorem, kiedy rozbijaliśmy obóz, nie wspominałeś nic o śniegu — odezwał się za nim jakiś głos.
Był to głos Tej Która Wie. Dlaczego Ta Która Wie przyszła za nim aż tutaj? Srebrny Obłok oddalił się przecież, bo pragnął w samotności rozkoszować się spokojem świtu. A ona była ostatnią osobą, przez którą chciał być niepokojony.
Odwrócił się powoli i stanął z nią twarzą w twarz.
— Czy śnieg to coś tak niezwykłego, że powinienem zapowiadać każde jego przyjście?
— Jest piąty tydzień lata, Srebrny Obłoku. Srebrny Obłok wzruszył ramionami.
— W lecie też się zdarza, że pada śnieg, kobieto.
— Ale w piątym tygodniu?
— W piątym czy nie w piątym — odpowiedział Srebrny Obłok. — Pamiętam takie lata, w których śnieg w ogóle nie przestawał padać. Padał wtedy dzień w dzień. Jasne letnie słońce prześwitywało przez niego, a on padał i padał. I to na zachodzie, gdzie latem jest cieplej niż tutaj.
— To było bardzo dawno temu. Mnie nie było jeszcze wtedy na świecie. Wszyscy mówią, że teraz wszędzie lata są coraz lepsze i chyba mają rację. Powinieneś był nam powiedzieć, że śnieg będzie padał, Srebrny Obłoku.
