
Owszem, wiedziałam.
– Otóż wszystko rozgrywało się około godziny dwudziestej. Pół godziny pomyłki w jedną i w drugą stronę daje nam razem całą godzinę, a dom Fiałkowskiej to nie zamek królewski, przez godzinę można w nim zrobić dowolny bałagan.
– Można też nie znaleźć tego, czego się szuka – dołożył uprzejmie nadkomisarz.
– Z tego wynika, że będę musiała ponawiązywać potworną ilość prywatnych znajomości – mruknęłam. – Czas, ścisłe wyliczenie czasu uniewinnia Grażynkę. No i ten półmisek… W śmieciach jedzenia nie było?
– Nie było – odparli razem i patrzyli na mnie tak jakoś dziwnie, że coś niepokojącego przyszło mi do głowy.
– A nie było tam przypadkiem kota albo małego pieska?
– Owszem, był kot – powiedział nadkomisarz jeszcze bardziej uprzejmie.
– Dlaczego małego? – zainteresował się równocześnie prokurator.
– Duże psy nie włażą na stół, małe bywają głupie i bezczelne. Ale już i kot mi wystarczy, rozumiem panów. Co ona jej dała na tym półmisku, muszę sprawdzić, zaraz, czego kot nie tknie…? Cebula? Kiszona kapusta? Widziałam, jak kot rąbał gotowaną marchew i w ogóle włoszczyznę z rosołu, ale takich, na przykład, korniszonów już nie. Więc, jeśli tam była surówka na ostro, kot odpada.
– Nie bierze pani pod uwagę jeszcze jednej ewentualności, z którą my musimy się liczyć – zauważył prokurator. – Mianowicie wspólnictwo. Pani Birczycka wyszła, zadbała o pozostawienie drzwi otworem, denatka również wyszła, przez ten czas wkradł się wspólnik, pouczony, czego ma szukać…
– To albo wspólnik debil, albo Grażynka po polsku nie umie. Pouczony i nie ukradł…? A, cudzoziemiec może…? Bo Grażynka miała na oku znaczki i nic więcej, czego zatem miał szukać? Nie zrozumiał, co się do niego mówi? Pouczony porządnie, nie zrobiłby bałaganu, wziąłby swoje i w krzaki. Nie, przykro mi, brak w tym logiki, pomijając już oczywiście charakter Grażynki.
