Milczałam.

Chyba chciałam żyć. Tylko w szpitalu opowiadałam o szatanie i wierzyłam, że mogę go pokochać.

Po ostatniej próbie samobójczej, pokonałam Ogoniastego. Udręka poza rajem. Marzenia wyczerpywały się.

Czekałam na miłość.

Tę, która nie niszczy twórczego nieszczęścia. Jedynie mnie akceptuje.

Byłam spragniona miłości.

To nieprawda, że schizo nie potrafią kochać. Byli przerażająco wygłodzeni wszelkich uczuć, których nie potrafił im ofiarować żaden zwykły człowiek.

Wybrańcy Boga żyją tak krótko.

Tyle razy umierałam, szukając nieba. Ale to były tylko majaki po zagubionej duszy.

Lubiłam tylko pisać. To „coś" tkwiło we mnie od procesu dojrzewania. I pozostało na dłuższą metę. Cienie przeszłości, cichy lęk, że w końcu odkryją moją drugą naturę.

Nikt nie wierzył w moją chorobę, tylko pacjenci w szpitalu, chociaż i ich zaskakiwałam.

Schizofrenik ma swoistą intuicję.

Bóg go wybrał, by głosił prawdę. Ale oprócz psychiatrów nikt nie chciał tego wysłuchać.

Zapisywałam wszystko. Było to odebrane jako kolejny symptom choroby.

A ja wiedziałam co robię. Przygotowałam się do pisania książki, by świadczyć prawdę daną od Boga.

Dochodziły do mnie różne głosy, że to ja mam rację, ale to było bezsensowne.

A przecież kochałam, tak mocno, że byłam gotowa umrzeć dla idei.

Nawet psychiatra miał wątpliwości jak potrafiłam ukryć swój obłęd. Opowiadałam mu o lęku, halucynacjach, próbach samobójczych – ileż to razy wieszałam się u niego w szpitalu.

Kończyło się zawsze śmiercią kliniczną. Odratowywano mnie.

Byłam wybrana.

Nie dało się jedynie zwieść Ogoniastego. Czyhał na każdą okazję i kusił, bym odeszła do piekła.

Nie byłam winna.

Byłam jedynie posłańcem, pomiędzy wszystkimi schizofrenikami, telepatycznie odczuwałam myśli.



2 из 147