Nagrywano nas.

Niekiedy to była jedynie pustynia uczuć, innym razem walka z pożądaniem. Nic więcej nie dało się wyczuć.

Nosiłam w sobie wizję zagłady świata. Tak zostałam obdarowana od Boga. Lecz nie słuchano mnie i każdy żył w grzechu. Nie udało mi się przekonać żadnego człowieka.

Milczałam.

Mogłam jedynie pisać dla nielicznych braci i sióstr, których spotykałam jak Chrystus na swojej drodze.

Było nas wielu skazanych na zagładę.

Czekałam na słowo.

Byłam oczarowana wizjami innych Maryi, Jezusa, Boga, szatana. To był nasz czas. Mogli nas jedynie spacyfikować lekami, ale myśmy i tak wracali z nową duszą wypełnioną całym

Wszechświatem.

Ale nikt nie mógł nam odebrać marzeń, rozmów z głosami, zadzierzgnięcia pętli.

Powstrzymanie świata od zagłady zależało tylko od nas. Czasami uśmiech i przytulenie przez doktora prowadziło do wiary, że może jeszcze nie wszystko stracone. Czasami była to modlitwa.

Jednak był czas rozczarowań, żalu, utraty wiary. Przechodziłam przez to wszystko. Wtedy szatan od razu kusił do samobójstwa albo fizycznego zbliżenia z nim. Miałam orgazm.

Zagłady świata się nie bałam. Kres wszystkiego podniecał mnie. Być ostatnim pokoleniem na naszym globie. Nie przeczuwałam jedynie obrazu zagłady i śmierci wszystkiego. Ale nie marnowałam czasu, pisałam wiersze, byłam poetką wyznającą miłość do swego psychiatry.

Ktoś nasrał w umywalce.

Pobyt w szpitalu miał dziwne i zaskakujące stany. Sama często tego doświadczałam, trułam się prochami, płukano mi żołądek, by bez obaw przespać się pod kroplówkami.

Spotykałam te same twarze, znajomych, powracali niemal wszyscy. Było rodzinnie.

Głód miłości opisywałam w wierszach. Było to jak samowyzwolenie. Chyba już nic nie umiałam robić. Czekałam na dotyk, uśmiech, troskę, przytulenie.

Chemia była tylko dodatkiem do całości choroby, kiedy inaczej nie dało się uspokoić choroby i wiekuistego lęku.



3 из 147