
Czy to tak mocno we mnie tkwi?
W poczuciu winy napisałam następny list do Tadeusza, nie czekając na odpowiedź.
„Tadeuszu, do jakiej trzeba dojść rozpaczy, by ostatecznie przeciąć nić swego życia, nieodwracalnie, bo przecież z niewiarą, że po tamtej stronie cokolwiek istnieje, totalna samozagłada, bez żadnej nadziei.
Nie potrafię cieszyć się z powrotu do życia. Przeraża mnie zwykły kontakt z ludźmi, ulice, początek dnia, noc, kiedy nasila się lęk. I tamte wspomnienia, tak tragiczne, że aż niewyobrażalne”.
Wraz z listem posłałam Tadeuszowi poemat „Zagubienie”, który napisałam tego dnia, nazywając siebie otrutym motylem. Zapytałam go, dlaczego milczał wobec mnie przez te lata, dlaczego nic mi nie powiedział o mojej chorobie, którą doskonale wyczuwał od samego początku.
Nie pojmowałam tego, skąd taka „zmowa milczenia”.
Wyczuwałam szóstym zmysłem, że jest coś nie tak, że potrzeba mi tutaj bliskiej osoby, która pomogłaby mi unieść ciężar całego zagubienia, bym przetrwała najgorsze chwile. Nie było takiego człowieka, nikt nie wiedział, co się ze mną dzieje naprawdę i co się wydarzyło.
Nikt, ale to nikt z mojej rodziny nie zorientował się, że tonę. Nikt nie był ze mną blisko. Wiedziała bardzo dużo Anka, ale i ona mnie zostawiła, dopiero później dowiedziałam się dlaczego.
Nie chciała towarzyszyć memu zdrowieniu, nie chciała być blisko mnie. Była przy mnie w klinice, kiedy umierałam, lecz z zupełnie innego powodu.
Rozwiązywała sobie własne problemy. Jak tragiczna bywa ludzka podświadomość.
20 stycznia napisałam:
Nie przynależę do świata normalnych ani do świata obłąkanych, dlatego ta samotność ma wymiar skrajnej pojedynczości. Jest mi broniony wstęp do pierwszego, przed drugim bronię się rozpaczliwie. A poza tym nie chcę być ani w jednym, ani w drugim.
