
Spojrzała na ekran. Znów pokazano tablicę wyników. Jack Coldren zachował dziewięciopunktową przewagę.
– Jeżeli znowu przegra…
Nie dokończyła zdania. Stali w milczeniu. Linda wpatrywała się w telewizor. Bucky, bliski łez, wyciągał szyję, drżała mu twarz, oczy miał wilgotne.
– Co się stało, Lindo? – spytał Myron.
– Nasz syn… Ktoś porwał naszego syna.
Rozdział 2
– Nie powinnam panu o tym mówić – powiedziała Linda Coldren. – Zagroził, że go zabije.
– Kto?
Linda Coldren wzięła kilka głębokich oddechów, jak dziecko przed skokiem z trampoliny. Myron czekał. „Skoczyła” po kilku dobrych chwilach.
– Zadzwonił dziś rano – zaczęła, wędrując wielkimi, chabrowymi, szeroko rozwartymi oczami po całym pokoju i nie zatrzymując ich nigdzie dłużej niż na sekundę. – Oświadczył, że ma mojego syna. Ostrzegł, że jeżeli zawiadomię policję, zabije go.
– Powiedział coś więcej?
– Tylko tyle, że następnym razem poda instrukcje.
– To wszystko?
Skinęła głową.
– O której był ten telefon?
– Dziewiąta, wpół do dziesiątej.
Myron podszedł do telewizora i wziął fotografię w ramkach.
– Czy to aktualne zdjęcie syna? – spytał.
– Tak.
– Ile ma lat?
– Szesnaście. A na imię Chad.
Myron przyjrzał się zdjęciu. Pucołowaty jak jego ojciec, uśmiechnięty nastolatek w baseballówce z daszkiem wywiniętym zgodnie z młodzieżową modą mrużył oczy, jakby patrzył pod słońce, a na ramieniu – dumnie niczym karabin z bagnetem – opierał kij golfowy. Myron wpatrywał się w jego rysy. Szukał w nich wskazówki, nietuzinkowego wyjaśnienia? Nie znalazł.
– Kiedy pani spostrzegła, że syn zniknął? – spytał.
Linda Coldren zerknęła szybko na ojca i wyprostowała się, z głową uniesioną wysoko, jakby szykowała się na przyjęcie ciosu.
– Chada nie ma od dwóch dni – odparła wolno.
