
Myron popatrzył na Bucky’ego. Bucky odpowiedział mu spojrzeniem i potrząsnął głową.
Linda, która wpatrywała się w ekran, dopóki jej mąż nie zszedł z pola, wzięła głęboki oddech i odwróciła się do Myrona.
– Jack jeszcze nie wygrał zawodowego turnieju, panie Bolitar. Najbliżej zwycięstwa był jako dziewiętnastolatek, w swoim pierwszym sezonie w gronie zawodowców. Właśnie wtedy po raz ostatni rozegrano w Merion Otwarte Mistrzostwa Stanów. Może pamięta pan nagłówki.
Znał w skrócie tę historię. Odgrzały ją poranne gazety.
– Stracił prowadzenie, tak?
Linda Coldren prychnęła kpiąco.
– Łagodnie mówiąc – odparła. – Od tej chwili zaczęło mu iść jak po grudzie. Zdarzały się lata, że nie załapywał się do turniejów.
– Wybrał świetny moment, żeby się odkuć. Otwarte Mistrzostwa Stanów.
Popatrzyła na niego jakoś dziwnie i splotła ręce pod piersiami.
– Gdzieś słyszałam pańskie nazwisko. Czy nie grał pan w koszykówkę?
– Owszem.
– W akademickiej lidze Wybrzeża Wschodniego. W drużynie uniwersytetu Karoliny Północnej?
– Uniwersytetu Duke’a – sprostował.
– Tak, Duke’a. Już pamiętam. Po naborze do NBA rozwalił pan kolano.
Myron wolno skinął głową.
– To był koniec pańskiej kariery, prawda?
Ponownie skinął głową.
– Ciężko pan to przeżył.
Nie odpowiedział. Machnęła ręką.
– To, co pana spotkało, ma się nijak do losu Jacka.
– To znaczy?
– Odniósł pan kontuzję. Na pewno dużo przeżył, ale nie z własnej winy. A Jack na osiem dołków przed zakończeniem turnieju miał sześć punktów przewagi. Zdaje pan sobie sprawę, co to znaczy? To tak, jakby na minutę przed końcem decydującego meczu o mistrzostwo NBA prowadzić dziesięcioma punktami. To tak, jakby w ostatnich sekundach spotkania zepsuć stuprocentowy wsad decydujący o mistrzostwie. Jack kompletnie się zmienił. Już się nie pozbierał. Resztę życia spędził, czekając na okazję do zmazania tej plamy.
