
Linda Coldren znieruchomiała, utkwiwszy w nim baczne spojrzenie. W ręce bez wysiłku trzymała czterolitrowy szklany dzbanek z lemoniadą. Myron zastanawiał się, jak to rozegrać. Zadanie nie było łatwe.
– Czy syn byłby zdolny do takiej intrygi? – spytał.
– Słucham?
– W tych okolicznościach to oczywiste pytanie. Postawiła dzbanek na drewnianej podstawce.
– Co pan sugeruje?! Że Chad sam się porwał?
– Tego nie powiedziałem. Chciałem sprawdzić, czy to możliwe.
– Proszę wyjść.
– Choć nie było go dwa dni, nie zawiadomiła pani policji. Można z tego wnioskować, że w domu doszło do konfliktu. I że nie jest to pierwsza ucieczka Chada.
– Albo też dojść do wniosku – Linda Coldren zacisnęła dłonie w pięści – że obdarzyliśmy syna zaufaniem, zapewniając mu swobodę zgodną z jego dojrzałością i odpowiedzialnością.
Myron zerknął na Bucky’ego. Ten głowę miał spuszczoną. – Skoro tak się sprawy mają…
– Tak się mają! – ucięła.
– A czy odpowiedzialne dzieci nie informują rodziców, dokąd idą? Żeby się nie martwili?
Linda Coldren wzięła szklankę. Z przesadnym pietyzmem postawiła ją na blacie i powoli napełniła lemoniadą.
– Chad nauczył się samodzielności – powiedziała. – Jego ojciec i ja gramy zawodowo w golfa. Co, szczerze mówiąc, oznacza, że oboje rzadko bywamy w domu.
– I wasza nieobecność nie doprowadziła do konfliktu?
– To bez sensu.
Linda Coldren pokręciła głową.
– Ja tylko…
– Panie Bolitar, Chad sam się nie porwał. Owszem, jest nastolatkiem. Nie jest ideałem, podobnie jak jego rodzice. Ale nie sfingował porwania. Załóżmy jednak teoretycznie, że to zrobił, chociaż wiem, że nie. Jeśli tak, to jest bezpieczny i pańska pomoc nie jest nam potrzebna. Wkrótce się dowiemy, czy to okrutny żart. Jeśli jednak mojemu synowi coś grozi, szkoda mi czasu na pańskie domysły.
