
– Mhm – mruknął ponownie Myron. – Przepraszam, panie Buckwell, nie chciałbym wyjść na gbura, ale o co właściwie chodzi?
– Proszę mi mówić Bucky.
– Dobrze. Bucky.
Starszy dżentelmen skinął z aprobatą głową.
– Podobno pan i Windsor Lockwood jesteście więcej niż tylko wspólnikami w interesach.
– To znaczy?
– Słyszałem, że znacie się od dawna. Na studiach dzieliliście pokój, zgadza się?
– Dlaczego pyta pan o Wina?
– Wpadłem do klubu go odszukać. Ale sądzę, że tak jest lepiej.
– Jak?
– Że od razu trafiłem na pana. Może kiedy… no cóż, zobaczymy. Nie obiecuję sobie za wiele.
Myron skinął głową.
– Nie wiem, o czym pan mówi.
Bucky skręcił w sąsiadującą z polem golfowym ulicę Golf House Road. Golfiarze to ludzie z wyobraźnią.
Po prawej było pole golfowe, po lewej okazałe rezydencje. Minutę później Bucky wjechał na kolisty podjazd prowadzący do dużego domu, zbudowanego z kamienia zwanego „rzecznym”. Kamień rzeczny był w tych stronach niebywale modnym budulcem, Win nazywał go „brukowcem filadelfijskim”. Budynku z dużym gankiem, zamkniętym z prawej strony, strzegł biały płot, masa tulipanów i dwa klony po bokach chodnika. Cadillac zatrzymał się. Przez chwilę obaj siedzieli bez ruchu.
– A więc o co chodzi, panie Buckwell? – zagadnął Myron.
– Mamy zmartwienie.
– Jakie zmartwienie?
– Wolałbym, żeby wyjaśniła to panu córka. Bucky wyjął kluczyk ze stacyjki i sięgnął do klamki.
– Dlaczego zwróciliście się do mnie? – spytał Myron.
– Powiedziano nam, że pan może pomóc.
– Kto?
Stone Buckwell znowu wprawił szyję w szybszy ruch. Kiedy wreszcie zatrzymał latającą jak na luźnym łożysku głowę, udało mu się spojrzeć Myronowi w oczy.
