
Zastanów się, Margaret Mary, powiedziała do siebie, i przyznaj nareszcie, że Dziadziuś nie prowadził tutaj pensjonatu dla młodych dziewcząt.
Ostatnia sypialnia, którą zwiedziła, potwierdziła jej najgorsze przypuszczenia. Był to pokój z trzema oknami, wychodzącymi na rzekę. Z balkonu można było zejść schodami na jej brzeg. Dziwne to było, ale Maggie nie mogła się na razie nad tym zastanawiać, albowiem jej uwagę zaprzątnął wystrój tego pokoju.
Jeżeli nawet jacyś wandale nachodzili dom, to tu szczęśliwie nie dotarli. Pod jedną ścianą stało wielkie loże z baldachimem i bladoniebieskimi draperiami, zupełnie jak z którejś z baśni „Księgi tysiąca i jednej nocy". W lustrzanej ścianie odbijała się kanapka dla dwojga obita niebieskim brokatem. Podczas gdy w pozostałych pokojach były posadzki, ten wyłożony był grubą białą wełnianą wykładziną, mocno zakurzoną. Na podokiennej ławie leżały liczne satynowe poduszki.
Była to niewątpliwie sypialnia kapryśnej i seksownej kobiety. Kobiety ceniącej luksus, wrażliwej na kolory.
Na drzwiach nie było numeru, ale też nie był on potrzebny. Bez wielkiej wyobraźni można było zrozumieć, że jest to sypialnia damy, która królowała w tym domu.
Maggie zbiegła szybko ze schodów i wpadła do pokoju przy kuchni, gdzie na kominku płonął wesoły ogień. Mike przyniósł sporo suchych polan, zamknął drzwi, by nie wypuszczać ciepła i przysunął przed kominek dwie kanapy.
Co chwila dokładał drewna do ognia. Na jego wargach igrał lekko ironiczny uśmieszek. Był widać już zorientowany, jaką funkcję pełnił niegdyś ten dom.
– Nie wiem, czy zauważyłeś te dziwne stoły w salonie… – zaczęła Maggie nieśmiało.
– Owszem, są to stoły do gier, kupione w jakimś kasynie.
– Domyśliłam się tego.
Maggie rozejrzała się za swoim workiem, znalazła go przy drzwiach, przytaszczyła do ognia, przysiadła na kanapie i zaczęła w nim grzebać.
