
Wyciągnęła wiązkę bananów. Potem torebki z orzeszkami, rodzynkami i suszonymi owocami. Rzuciła jedną z torebek Mike'owi. Złapał ją w powietrzu.
Następnie z worka wyłoniła się paczka kawy, metalowa piersiówka, łyżeczki i dwa papierowe kubki.
– Maggie, na litość boską! – krzyknął Mike.
Silny zapach irlandzkiej whisky wypełnił pokój.
Maggie nalała dwie spore porcje do kubków i poczęstowała Mike'a. Zarumieniła się trochę, w jej oczach tliły się iskierki śmiechu.
– Wypijmy za przybytek hazardu i rozpusty, jaki odziedziczyliśmy – zaproponowała.
– Myślę, że należałoby najpierw wypić za twój talent pakowania do niewielkiego worka wszystkiego z wyjątkiem zlewozmywaka – odparł z powagą.
– Dobrze, pijemy za jedno i drugie.
Maggie pochyliła się i stuknęła swoim kubkiem w kubek Mike'a. Nie mógł się powstrzymać od śmiechu.
– Za ten dom – powiedział z powagą.
– Za ten dom- zgodziła się Maggie. – No i za naszych dziadków. Przy okazji możemy też wypić za wszystkie grzechy świata, bo było to chyba ich siedlisko.
Mike roześmiał się.
Maggie krzywiła się lekko przy każdym łyku.
– Czy to jest twoja ulubiona trucizna? – zapytał Mike.
– Nienawidzę whisky od siódmego roku życia.
– Wiec po jakie licho przywlokłaś ją ze sobą?
– Bo zazwyczaj cierpię na bezsenność, kiedy tylko jestem poza domem. Mała whisky przed snem za zwyczaj pomaga.
Przez chwilę siedzieli spokojnie i wpatrywali się w ogień.
– Nie martw się z powodu dziadka – odezwał się wreszcie Mike.
Maggie westchnęła.
– Wiedziałam, że dom zbudowano w tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim roku, ale jakoś nie skojarzył mi się z okresem prohibicji. Teraz rozumiem wiele rzeczy. Na przykład to, że nikt w rodzinie nie mówił o istnieniu tej posiadłości. Poza tym trudno mi skojarzyć Dziadziusia z nielegalnym wyszynkiem, hazardem i kobietami lekkich obyczajów.
– Był wtedy bardzo młody – pocieszał ją Mike.
