
W ciągu miesiąca, jaki upłynął od tego czasu, postanowienie to nie zmieniło się, zmieniło się natomiast całe jej życie i obraz odległej samotni nabrał dla niej nowego znaczenia. Poznanie obcego człowieka natomiast bynajmniej jej nie pociągało.
Maggie zaczęła się niecierpliwić. Ianelli powinien był przylecieć dwie godziny temu. Tak wynikało z rozkładu jazdy. Gdzież się, u licha, podziewa? pomyślała.
Nagle go zobaczyła… Stal tuż przy wyjściu na parking.
Ogarnęła ją złość.
Prawdę mówiąc, powinno jej być obojętne, czy Ianelli jest przystojny, czy też zezowaty i garbaty. Chociaż, szczerze mówiąc, wolałaby, żeby był brzydki jak noc. Sięgnęła po jedną ze swoich toreb i uśmiechnęła się kwaśno. To, że facet jest przystojny, nie jest w końcu jego winą, pomyślała. Ani to, że wygląda jak uosobienie męskości i krzepy. Teoretycznie nie miała nic przeciwko tym cechom. Tyle że właśnie mężczyźni jemu podobni stanowili przyczynę jej obecnego stanu ducha.
Powinna się była spodziewać, że Ianelli będzie smagłym brunetem o ciemnych oczach. Jego nazwisko niedwuznacznie wskazywało na włoskie pochodzenie.
Był szczupły, lecz muskularny; emanowała z niego ogromna energia. Miał silne, szerokie ramiona. Robił wrażenie człowieka niecierpliwego, nie potrafiącego ustać na miejscu. Trudno byłoby nie zauważyć go w tłumie, wpaść na niego przez przypadek. Chociaż były zapewne dziewczyny, które czyniły to z pełną premedytacją tylko po to, żeby go potem serdecznie przeprosić.
Miał na sobie dżinsy, czarny sweter i krótką skórzaną kurtkę. Ciemnymi oczami, spod łuków gęstych czarnych brwi, uważnie lustrował tłum. Jego wzrok prześlizgnął się po twarzy Maggie.
Nie zdziwiło jej to. Wiedziała, że nie przyciąga uwagi mężczyzn, szczególnie wśród wielu innych kobiet.
Jednakże zadrżała pod jego intensywnym, choć przelotnym spojrzeniem. Wyjaśniało ono aż nazbyt dobrze, dlaczego zakonnice wbijały jej do głowy, by zawsze ściskała kolana w czasie zdawkowego nawet pocałunku. Ten człowiek był istnym wcieleniem grzechu. Pokusy. Wszystkich tych przyjemnych uczuć, które rodziły później poczucie winy.
