
– Panna Flannery? – zapytał, a raczej stwierdził i uśmiechnął się przelotnie.
Maggie rozluźniła się. Poczuła coś w rodzaju smutku, pomieszanego z pewnym rozbawieniem. Znała ten uśmiech. Mężczyźni rezerwują go zazwyczaj dla swoich ulubionych siostrzenic.
Wszyscy mężczyźni przy pierwszym poznaniu traktowali Maggie zazwyczaj z sympatią, uprzejmością, a nawet pewnym szacunkiem. Nie była pewna, dlaczego. Może dlatego, że przypominała smukłością, piegami na nosie i burzą gęstych kasztanowych, opadających na ramiona włosów, młodą Audrey Hepburn. Powinno ją to było cieszyć. Tak zareagowałaby w każdym razie większość dziewcząt. Ale Maggie miała inny pogląd na ten stan rzeczy. Jej dotychczasowe życie uczuciowe nadawało się jako materiał do powieści dla dorastających dziewcząt. Na jego podstawie mogłaby śmiało ubiegać się o kanonizację. Na przykład ostatni przyjaciel, Al, przez bite trzy miesiące obchodził się z nią jak z filiżanką z chińskiej porcelany. Cztery tygodnie temu przyznał, jak mógł najtaktowniej, że woli fajansowe kubki.
Al nie był ważną postacią w życiu Maggie, uważała go po prostu za ostatnią deskę ratunku. Przed nim było jeszcze kilka takich desek. Doszła do wniosku, że mężczyźni już zawsze będą ją traktowali jak kruchą laleczkę z porcelany. Na pewno nie tego chciała.
Uśmiech Ianellego, pełen szacunku, zapewniający o jego czystych zamiarach, dotknął ją do żywego.
Miała ochotę uspokoić go, że nie ma się czego obawiać. Nie rzucam się na obcych mężczyzn, chciała powiedzieć, chociaż muszę przyznać, że nawet w zakonnicy potrafiłbyś wywołać rozkoszny dreszczyk.
– Zaczęłam się już trochę niepokoić… – uśmiechnęła się.
