— Gdybyście wy, „czerwoni”, dali sobie spokój — oświadczył głośno sprzedawca warzyw — tamci po prostu grzecznie by się wynieśli!

— Ach, odczep się — odparował ktoś. — Ona się tym nie zajmuje.

Jakie to prawdziwe, pomyślała Ann, idąc dalej.

Dostrzegła tłumek osób czekających na przyjazd tramwaju. Transport nadal działał, gotów na autonomię. Namiot również funkcjonował, co wcale nie było takie oczywiste, chociaż najwyraźniej większość Marsjan przyjmowała ten fakt za rzecz naturalną; prawda była jednak taka, że każda z osób obsługujących namiot musiała przedkładać pracę ponad wszystko inne. Sami zdobywali niezbędne surowce, przeważnie czerpiąc z powietrza; ich słoneczne kolektory i reaktory atomowe wytwarzały całą potrzebną moc. Konstrukcja namiotów była więc krucha, lecz gdyby pozostawić je samym sobie, bez problemów mogłyby istnieć w systemie politycznej niezależności; nie potrzebowały prywatnego właściciela, mało tego, nie było żadnego usprawiedliwienia dla takiego rozwiązania.

W mieście nikt nie narzekał na brak artykułów pierwszej potrzeby ani na usługi. Codzienne życie toczyło się jak przedtem, rewolucja niemal niczego nie zmieniła.

Tak się w każdym razie wydawało na pierwszy rzut oka. Przyjrzawszy się bliżej, na ulicach można było dostrzec zbrojne grupy młodych tubylców, którzy po trzech, czterech lub pięciu stali na narożnikach ulic. Przy wyrzutniach pocisków i odczytach teledetekcyjnych trwali przedstawiciele rewolucyjnej milicji — częściej „zieloni” niż „czerwoni”. Przechodnie przyglądali się im albo zatrzymywali ich, by pogawędzić i zapytać, co robią. Uzbrojeni tubylcy odpowiadali, że nie spuszczają oka z „gniazda”. Ann zauważyła jednakże, że pełnią również funkcję policjantów, co ogólnie akceptowano i popierano. Mieszkańcy uśmiechali się podczas rozmów z żołnierzami; to była przecież ich własna policja, ich towarzysze-Marsjanie, którzy znajdowali się tutaj, by ich chronić, aby strzec dla nich Sheffield. Wydawało się, że mieszkańcy pragną obecności żołnierzy w mieście. Gdyby ich zabrakło, wtedy każdy podchodzący nieznajomy mógłby stanowić zagrożenie, a każde przepełnione złością spojrzenie — oznaczać atak, który rozpędziłby członków milicji na cztery wiatry. W oczach ludzi widniała absolutna jednomyślność; rządziła tym światem.



15 из 846