
— Musimy — stwierdził Kasei. — W najlepszym interesie Marsa. Nie tylko dla „czerwonych”, lecz dla nas wszystkich. Potrzebna nam pewna przerwa w kontaktach z Ziemią, a grawitacja świetnie przywróci właściwą odległość. Bez odpowiedniego dystansu wciągną nas do swego bagna.
Była to jedna z tez Ann, wyłuszczyła ją na zebraniu we wschodnim Pavonis.
— Co się jednak stanie, jeśli spróbują was powstrzymać?
— Nie sądzę, aby byli w stanie — mruknął Kasei.
— Ale jeśli spróbują?
Dwaj mężczyźni spojrzeli na siebie. Dao wzruszył ramionami.
No tak, pomyślała Ann, obserwując ich, chcą zacząć wojnę domową.
Ludzie ciągle wjeżdżali po zboczu Pavonis na szczyt, zapełniając Sheffield, wschodnie Pavonis, Lastflow i inne namioty na stożku. Przyjechali Michel, Spencer, Wład, Marina i Ursula, Michaił i cała brygada bogdanowistów, Kojot (sam), grupa z Praxis, wielki pociąg pełen Szwajcarów, arabskie karawany roverowe: zarówno sufickie, jak i świeckie, a także tubylcy z innych miast i osad na Marsie. Czekali na ostateczną rozgrywkę. We wszystkich innych miejscach na Marsie tubylcy utrwalali władzę, elektrownie obsługiwali przedstawiciele lokalnych zespołów współpracujących z Separation de 1’Atmosphere. Oczywiście pozostały pewne maleńkie centra oporu metanarodowców; w terenie działały też grupki „Kakaze”, które systematycznie niszczyły projekty terraformowania. Z pewnością jednak punkt centralny stanowiło Pavonis. Tu mogła się zakończyć rewolucja lub — czego Ann zaczęła się obawiać — rozpocząć wojna domowa. Albo jedno i drugie. To nie byłby pierwszy raz.
Ann chodziła więc na zebrania, a w nocy spała kiepsko, budząc się z dręczących snów lub z drzemek, na które pozwalała sobie w przelocie między jednym spotkaniem i kolejnym. Zebrania zaczynały jej się zlewać w jedno: kłótliwe, płytkie, chybione.
