
– Musiało być coś w tym pokarmie.
Bliźniaczki odwróciły się do niej jednocześnie. Maureen prychnęła:
– Oczywiście, że było! Mleko.
– Mam na myśli, oprócz mleka. – Zawahała się. – Trucizna.
– Niemożliwe! Dziś rano wzięłyśmy z Shirley świeżą butelkę z lodówki w kuchni. Panna Collins nas widziała. Zostawiłyśmy ją w sali ćwiczeń i nie ruszałyśmy aż do czasu, kiedy wlałyśmy mleko do menzurki już w czasie zajęć, prawda, Shirley?
– Prawda. To była świeża butelka. Wzięłyśmy ją koło siódmej.
– Nie dodałyście czegoś przez pomyłkę?
– A co miałybyśmy dodać? Oczywiście, że nie.
Bliźniaczki mówiły unisono, ze spokojną pewnością, niemal nieporuszone. Wiedziały dokładnie, co zrobiły i kiedy, i nikt – uznała panna Beale – nie był w stanie wytrącić ich z równowagi. Nie należały do osób dręczących się niepotrzebnym poczuciem winy albo roztrząsających irracjonalne wątpliwości, które nachodzą mniej stoickie jednostki o bujniejszej wyobraźni. Doskonale je rozumiała.
– Może ktoś inny dobrał się do pokarmu – odezwała się Julia Pardoe. Patrzyła na swoje koleżanki spod przymkniętych powiek, prowokacyjnie i jakby z rozbawieniem.
