
Julia Pardoe ciągnęła opanowanym i nieco dziecinnym głosem:
– Więc jeśli to Fallon miała paść ofiarą, to sprawcą nie mogła być żadna z nas, prawda? Wszystkie wiedziałyśmy, że nie będzie dziś pacjentką.
– Chyba tak – przyznała Madeleine Goodale. – Wszyscy w Nightingale House wiedzieli. O niczym innym nie mówiło się przy śniadaniu.
Znów zamilkły, rozważając ten obrót sprawy. Panna Beale zauważyła, że żadna z nich nie zaprotestowała przeciw możliwości, iż ktoś mógłby chcieć zabić Fallon. Po chwili ciszę przerwała Maureen Burt.
– Fallon nie może być aż tak znowu chora. Była tu w Nightingale House dziś rano, tuż po ósmej czterdzieści. Shirley i ja widziałyśmy ją, jak wymyka się przez boczne drzwi, kiedy szłyśmy po śniadaniu do sali ćwiczeń.
Goodale spytała ostro:
– Co miała na sobie?
Maureen nie zdziwiło to pozornie bezsensowne pytanie.
– Spodnie. Płaszcz. Tę czerwoną chustkę, którą nosi. Dlaczego?
Madeleine Goodale, wyraźnie poruszona i zdumiona, starała się to ukryć. Powiedziała:
– Narzuciła to na siebie, zanim wzięłyśmy ją do izby chorych wczoraj wieczorem. Pewnie wróciła po coś do swojego pokoju. Ale nie powinna była wychodzić z oddziału. To było głupie. Miała wysoką gorączkę. Szczęście, że siostra Brumfett jej nie przyłapała.
Julia Pardoe wtrąciła zjadliwie:
– Dziwne, no nie?
Nikt nie odpowiedział. Rzeczywiście dziwne, pomyślała panna Beale. Przypomniała sobie długą, mokrą drogę ze szpitala do szkoły. Droga dojazdowa była kręta i z pewnością istniał jakiś skrót przez las. Jednak po co chora dziewczyna wychodziła na dwór wczesnym, styczniowym rankiem? Musiała mieć jakiś ważny powód, żeby wymykać się do Nightingale House. W końcu jeśli potrzebowała czegoś ze swojego pokoju, mogła o to poprosić. Każda z koleżanek chętnie by jej to przyniosła. I to właśnie ta dziewczyna, logicznie rzecz biorąc, powinna była dziś leżeć w sąsiednim pokoju na łóżku pokazowym.
