Czy policjanci rzeczywiście byli mili? – zadała sobie pytanie. Z pewnością byli bardzo poprawni, bardzo uprzejmi. Wygłosili cały szereg zwykłych komunałów o wadze wzajemnej współpracy w rozwiązaniu tej strasznej tragedii, konieczności mówienia prawdy i niezatajania niczego, choćby to wydawało się błahe i nieistotne. Żaden z nich nie podniósł głosu, nie był agresywny ani nie uciekał się do pogróżek. I wszyscy budzili lęk. Sama ich obecność, podobnie jak zamknięta sala ćwiczeń, przypominała o dramacie, jaki się tu rozegrał. Panna Dakers najbardziej bała się inspektora Baileya. Był to potężny, ogorzały mężczyzna o nalanej twarzy, którego ojcowski, dobroduszny głos i maniery irytująco nie pasowały do zimnych, świńskich oczek. Wypytywał ją bez końca. Wciąż miała w pamięci te dłużące się przesłuchania i wysiłek, z jakim zmuszała się, by spotkać jego dociekliwe spojrzenie.

– Słyszałem, że to pani najbardziej przeżywała śmierć panny Pearce. Czy była to może pani bliska przyjaciółka?

– Nie. Właściwie nie. Nie była moją przyjaciółką. Ledwo ją znałam.

– To dziwne. Po niemal trzech latach wspólnej nauki? Można by przypuszczać, że skoro mieszkałyście i pracowały razem, to znacie się całkiem dobrze.

Starała się mu wytłumaczyć.

– W pewnym sensie tak. Znamy swoje zwyczaje. Ale nie wiedziałam właściwie, jaka ona była. To znaczy, jako osoba.

Głupia odpowiedź. Jak można znać kogoś inaczej niż jako osobę? I to nie była prawda. Znała Pearce. Znała ją bardzo dobrze.

– Ale lubiłyście się? Nie było między wami żadnej kłótni ani nic takiego? Żadnych niesnasek?

Dziwne słowo, niesnaski. Znów zobaczyła przed oczami tę groteskową postać, tańczącą w agonii, z palcami szarpiącymi powietrze, z cienką rurką przecinającą usta jak rana. Nie, nie było żadnych niesnasek.



32 из 296