
– Nie, proszę siostry. Przynajmniej nie sądzę. Byłam tylko w ubikacji.
– Ach, tak. No cóż, jeśli wszystko w porządku… Myślałam, że burza mogła was obudzić. Wracam właśnie z oddziału. Stan jednego z pacjentów doktora Courtney-Briggsa się pogorszył i musiał być pilnie operowany.
Rozumiem – powiedziała Maureen, nie bardzo wiedząc, jak się ma zachować. Była zdumiona, że siostra Brumfett zadaje sobie trud, aby tłumaczyć się ze swojej obecności przed zwykłą studentką i patrzyła zdezorientowana, jak oddziałowa owija się szczelniej peleryną i zamaszystym krokiem zmierza w kierunku schodów po drugiej stronie korytarza. Jej pokój był piętro wyżej, przy mieszkaniu siostry przełożonej. U podnóża schodów siostra Brumfett odwróciła się, jakby chciała coś jeszcze dodać. Właśnie w tym momencie drzwi sypialni Shirley Burt uchyliły się i pokazała się w nich rozczochrana, rudowłosa głowa drugiej z bliźniaczek.
– Co się dzieje? – spytała dziewczyna sennie.
Siostra Brumfett podeszła do nich.
– Nic, nic. Idę właśnie do siebie. Przed chwilą wróciłam z oddziału. A Maureen musiała wstać, żeby skorzystać z łazienki. Nie ma się o co martwić.
Shirley nie sprawiała wrażenia osoby, która kiedykolwiek się o cokolwiek martwi. Wysunęła się na korytarz, wkładając szlafrok. Z pewną rezygnacją a zarazem dumą oświadczyła:
– Kiedy Maureen wstaje, to ja też. Zawsze tak było, od dziecka. Mama może potwierdzić! – Trochę zaspana, ale zadowolona, że rodzinna więź nadal się sprawdza, zamknęła za sobą drzwi ze stanowczością osoby, która skoro już wstała, to zamierza pozostać na nogach.
– Nie ma sensu kłaść się spać podczas tej wichury. Pójdę zrobić kakao. Przynieść siostrze kubek? Pomoże siostrze zasnąć.
– Nie, dziękuję. Nie sądzę, abym miała kłopoty z zaśnięciem. Zachowujcie się cicho, żeby nie obudzić innych. I uważajcie, żeby się nie zaziębić. – Odwróciła się znów w kierunku schodów.
