
— Kim jest ten Faoiltiama?
— Elf, Scoia'tael. Jak mało który ludziom za skórę zalazł. Wielka cena jest za jego głowę. Ale nie tylko jego szukają. Szuka się też jakiegoś nilfgaardzkiego rycerza, któren na Thanedd był. I jeszcze…
— Mów.
— An'giyare o wiedźmina wypytują, imieniem Geralt z Rivii. I o dziewuszkę imieniem Cirilla. Tych dwoje przykazano żywymi brać. Pod gardłem to nakazano: obojgu ujętym włos z głowy spaść nie może, guz z sukni urwać się nie ma prawa. Ha! Drogi musisz być ich sercu, że tak się o twoje zdrowie troskają…
Urwała, widząc wyraz jego twarzy, z której raptownie zniknął nieludzki spokój. Zrozumiała, że choć się starała, nie zdołała napędzić mu strachu. Przynajmniej nie o jego własną skórę. Niespodziewanie poczuła wstyd.
— No, z tym pościgiem to przecie daremny ich zachód. - powiedziała łagodniej, ale wciąż z lekko drwiącym uśmiechem na wargach. - Ty w Brokilonie bezpieczny jesteś. A dziewczyny też żywej nie dostaną. Gdy gruzy na Thanedd przekopali, rozwaliny tej magicznej wieży, co się zawaliła… Hej, co tobie?
Wiedźmin zatoczył się, oparł o cedr, usiadł ciężko przy pniu. Milva odskoczyła, przerażona bladością, która nagle pokryła mu twarz.
— Aglais! Sirssa! Fauve! Do mnie, żywo! Zaraza, na umieranie mu się chyba zebrało! Hej, ty!
— Nie wołaj ich… Nic mi nie jest — Mów. Chcę wiedzieć…
Milva zrozumiała nagle.
— Niczego nie naszli w rumowisku! — krzyknęła, czując, że też blednie. Niczego! Choć każdy kamień obejżeli i czary rzucali, nie znaleźli…
