
– A powinni – mruknęła Indra. – Zwierzęta też mają prawo cieszyć się naszą niezwykłą urodą.
Armas uśmiechnął się szeroko.
– Polecono mi także, bym przypomniał sobie najlepsze maniery.
– Tak? A co sądzisz o moich? Jak się zachowuję?
– Jak dotychczas, nie było to przesadnie eleganckie – zachichotał Armas. – Myślę jednak, że potrafisz, jeśli tylko zechcesz.
– Uruchomię ukryte rezerwy – zapewniła Indra.
Oparła się i zaczęła spoglądać na dół. W tej chwili lecieli nad wspaniałymi lasami Królestwa Światła, znajdowali się już daleko na południu, tam gdzie młodzi nie bywali zbyt często. Indra wiedziała, że mieszkają tam ci, którzy wstali z martwych, którzy na ziemi spędzili krótkie i nieszczęśliwe życie i których miody chłopiec, Dolg, uratował dzięki swemu szafirowi. Otrzymali teraz szansę na nową i godną egzystencję. W tych okolicach również przebywały duchy. Duchy Móriego oraz Ludzi Lodu. Młodzi podróżnicy nigdy ich tu nie odwiedzali, ponieważ Móri zapewniał, że duchy chciałyby żyć własnym życiem. Było ich jednak tak wiele, że raczej nie można mówić o eremickiej egzystencji.
Gdzieś tutaj miało się też znajdować duże miasto Lemurów, na razie jednak Indra niczego takiego nie dostrzegała. Podróż przebiegała bardzo szybko, lasy przepływały jej przed oczyma niczym zielona gęsta smuga.
Indra westchnęła cichutko. Gdzieś w tym zielonym morzu znajduje się Tsi-Tsungga, chociaż właściwie chyba nie tutaj. Przebywał zwykle w pobliżu Sagi, gdzie mieszkali jego przyjaciele.
Dlaczego nigdy nie udało jej się spotkać sam na sam z Tsi-Tsungga w tych tajemniczych lasach? Robiła częste wycieczki, chodziła po miękkich ścieżkach i po szmaragdowej trawie, pod dekoracyjnymi drzewami, których liście lśniły niczym zielonkawe złoto lub srebro. W mrocznych lasach wdychała ciepły zbutwiały zapach ziemi i jej ciało zlewało się w jedno z naturą. To były bardzo podniecające i rozkoszne, a zarazem boleśnie tęskne wyprawy. Nigdy jednak nie spotkała Tsi-Tsunggi. Ona nie, ale Elena i Miranda widywały go często.
