Z całego grona przyjaciół Indra znała najmniej właśnie Armasa. Podobnie jak Oko Nocy. Indianin jednak był bardziej otwarty, nietrudno było się do niego zbliżyć. Armas natomiast wciąż miał jakieś zajęcia w innych miejscach, zlecane mu przez Obcych i Strażników, bardziej też z natury zamknięty, odnosił się do wszystkich z rezerwą.

Ale nie można mu odmówić życzliwości. Potrafił też żartować, bez mrugnięcia okiem przyjmował drastyczne niekiedy przejawy poczucia humoru Indry.

– Czy wiesz, dokąd my lecimy? – zapytała go teraz.

– Nie. Nie więcej niż ty. Do południowej części. Po to, by zabrać stamtąd wybranego chłopca. Kropka.

– Dlaczego nie wiemy nic więcej?

– Ojciec powiedział, że lepiej wypełnimy zadanie, jeśli nie będziemy za dużo wiedzieli.

– Muszą tam jednak mieszkać jacyś ludzie. Skoro zabierzemy chłopca. Chodzi mi o to, że nie jest to ani małpa, ani dziecko wychowane wśród zwierząt.

– Tyle to i ja się domyślam.

Armas przyjrzał się jej badawczo.

– Jesteś prawie niepodobna do siebie. Zawsze miałaś swój styl, ale teraz wyglądasz wyjątkowo. Niemal… – uśmiechnął się lekko. – Niemal klasycznie.

– Dziękuję – odparła onieśmielona. Złożyła ręce na kolanach. – Tak, o rany, jaka jestem elegancka! A jakie zabrałam ze sobą wspaniałe kreacje! I buty! Sandałki z cieniutkich złotych rzemyków na obcasach wysokich i cienkich jak szpile. A do tego długa, biała suknia. Mogłabym w niej odgrywać Medeę albo Antygonę, gdyby było trzeba. Powinieneś mnie w tym zobaczyć!

– Z pewnością tak się stanie – uśmiechnął się Armas. – Ja też zapakowałem niebywale wytworne ubranie. Nikt by nas tak nie stroił, gdybyśmy wybierali się w odwiedziny do małp.



9 из 186