
Wspaniale, pomyślała Indra, dobrze jest wyjść nareszcie z tej wichrowej groty. Bardzo szybko jednak zmieniła zdanie. Owa wichrowa grota, jak ją nazywała, była jedynie początkiem pasażu, w którym wicher wył i huczał. Starali się zachować równowagę, idąc przy stromej górskiej ścianie, lub przedzierali się naprzód przez wąskie i głębokie doliny, w których wiatr dmuchał ze zdwojoną siłą, a oni nie mieli się czego przytrzymać. Poocierali sobie dłonie do krwi na ostrych kamieniach i zaczęli przeklinać mrok, który gęstniał systematycznie w miarę, jak oddalali się od muru i od Królestwa Światła.
Znajdowali się teraz wysoko na wąziutkiej skalnej półce, ponad szumiącą wściekle wodą, gdy Vida uczyniła niewłaściwy krok i byłaby spadła na dół, gdyby Armas w ostatniej sekundzie nie złapał jej za ramię. Zresztą mało brakowało, a pociągnęłaby również jego za sobą, Ram jednak zdążył schwycić Armasa i uratował ich oboje. Tylko walizka, którą niosła Vida, potoczyła się w dół.
– Och, ubranie Indry – jęknęła.
– Mam nadzieję, że walizka zaraz się zatrzyma – powiedział Rok. – Nie słyszałem żadnego plaśnięcia. Nie słyszałem też, by odbijała się od skał.
– Co tam jakieś ubranie, jakie to ma znaczenie – rzekła Indra. – Najważniejsze, że ty nie spadłaś.
Pomogła Vidzie wydostać się znowu na górę, na ścieżkę, jeśli tak można nazwać ów wąziutki wijący się szlak.
– Te ubrania są ważne bardziej, niż chciałbym wierzyć – mruknął Ram tak cicho, że usłyszała go tylko Indra. Zastanawiała się, o co mu chodzi.
Rok wyjął reflektor i skierował go w stronę otchłani.
– O, patrzcie, walizka leży niedaleko. Zaraz spróbuję…
– Trzeba użyć sznura elfów – zdecydował Ram. – Dostałem kawałek od Dolga – wyjaśnił, widząc zdumioną minę Indry.
Dziewczyna powiedziała z wolna:
– Jeśli przez cały czas mieliście reflektory, to dlaczego, u diabła, ich nie używaliście? Dlaczego pozwoliliście, byśmy się wlekli jak stare dziady?
– Po pierwsze, mamy tylko jeden – odparł Ram spokojnie. – A po drugie, używanie światła to porażka. Nie powinniśmy wystawiać się na pośmiewisko.
